Autor szablonu: ArianadlaWioski Szablonów | Flower design by BiZkettE1 / Freepik

niedziela, 1 marca 2020

Koliberki


Dzwonię do znajomej i mówię: „Cześć Małgosiu, mam wspaniałą wiadomość. Będziemy mieć dzieci,czekamy na dzieci.”
Ona na to: „A kiedy przyjeżdżają?”
Ja jej odpowiadam że jsą, rosną i rozwijają się!


Zaraz, zaraz, ktoś pomyśli, o czym ta babcia Zosi mówi?
Czasem tak składa się, że samo życie podpowiada temat. 
A więc do rzeczy:

W połowie lutego zaczęłam przecinać gałązki krzewu hibiskup rosnącego tuż przy naszym oknie, którego nigdy nie odsłaniamy w ciągu dnia bo to południowa strona i w mieszkaniu zrobiłoby się za ciepło.
Chwyciłam za jedną z gałęzi, którą właśnie zamierzałam obciać…
Z ogromnym zdziwieniem i radoscią spostrzegłam
maleńkie, mniej więcej 3 cm średnicy gniazdko w kształcie koszyczka, a w nim dwa, małe i jasne punkciki.
Pozwoliłam wrócić gał
ęzi na miejsce i pomyślałam, że to chyba jajeczka koliberka (ang. Hummingbird).
W gniazdku były dwa jajeczka koliberka!
Mniej więcej za dwa tygodnie lub wcześniej (nie wiem od kiedy wysiaduje?) wylęgną sie
pisklęta!
Byłam bardzo podeksytowana tym odkryciem. Zrezygnowałam z dalszej przecinki. Za chwilę zobaczyłam latającego w pobliżu koliberka.


Musiałam nieco ochłonać po tym odkryciu, żeby trzezwo pomysleć.
Nie chciałam wi
ęcej zaglądać do gniazda, bo to niezbyt ładnie podpatrywać czyjś domek bez jego wiedzy, prawda? 
Zaczęłam jedak uważniej obserwować najbliższe otoczenie oraz krzew, na którym było gniazdko.
Samiczka ma mnóstwo kwiatów wokół i nie oddala się zbyt daleko.
Woli mieć na oku gniazdko, a w nim swoje skarby, bo jajko to prawdziwy cud natury.


Koliberki to nie tylko najmniejsze ptaki świata ale również najszybciej machają skrzydłami.
To wielkie żarłoki. W ciągu każdej doby muszą zjeść 2 razy więcej pokarmu niż same ważą. Mają bardzo szybki metabolizm.
Ich serca potrafią bić aż 1200 razy na minutę.
W ciągu dnia potrafią odwiedzić 1500 kwiatów aby swoimi długimi dzióbkami spijać kwiatowy nektar.
Tylko samiczka wysiaduje jajka.
Ptaki te żyją tylko w obu Amerykach. 
 
 W wielu miejscach ludzie wieszają w swoich ogródkach, specjalnie dla kolibrów, dpowiednie pojemniki z przegotowaną wodą z cukrem.


Koliber reperezentuje miłość, piękność, radość. W Andach te ptaki mają ogromne znaczenie duchowe ponieważ symbolizują Zmartwywstanie.
W czasie zimnej nocy, a takie właśnie są na pustyni i w górach, zapadają w letarg. 
Powracają do życia wraz ze wschodem Słońca.
Pióra kolibrów mają tylko brązowy i czerwony kolor, ale pod wpływem rozszczepienia swiatła wygladają bardzo barwnie.

Czasami wydaje się nam, że można kolibra spotkać w Polsce. Niestety, jest to tzw „furczak gołąbek”. Jest to dzienna ćma, która tylko przypomina koliberka.

 
Ostatnia wiadomość: ptaszki już się wylęgły, podrosły i odleciały.
Na gałęzi zostało tylko puste gniazdko.








poniedziałek, 27 stycznia 2020

Niagara Falls

Wodospad Niagara jest często nazywany siódmym cudem świata.


Znajduje się na granicy kanadyjsko–amerykańskiej. 
Wygodny dostęp do niego mają zarówno Kanadyjczycy jak i Amerykanie. 
Właściwie są to trzy wodospady łączące się ze sobą. 
Największy z nich, wodospad Niagara w kształcie podkowy (prawidłowa nazwa to Wodospad Podkowa) po kanadyjskiej stronie prezentuje się najciekawiej. Jego szerokość wynosi prawie 800 metrów i łączy się z mniejszymi wodospadami: Amerykańskim i Bridal Veil. 
Te dwa ostanie znajdują się po amerykańskiej stronie granicy.
  

W ciągu każdej minuty z wysokości 50 metrów pionowo spada z wielkim hukiem 168 000 m3 wody.
Wodospad usytuowany jest 27 km od amerykańskiego miasteczka Buffalo i 121 km na południe od Toronto. Mieszkając w Toronto przez wiele lat miałam czasami okazję odwiedzić to ciekawe miejsce i najbliższe okolice. 
Hej, hej Krysia i Henio pamiętacie nasza wspólną wyprawę nad wodospad? Był taki piękny, słoneczny dzień.Aż się wierzyć nie chce, ze od tamtej chwili upłynęło prawie 18 lat!

Rzeka Niagara wyznacza granicę między USA i Kanadą. Te dwa kraje łączy Most Tęczowy (prawda jaka ładna nazwa?). To tutaj przyjeżdżają zaślubione pary na miesiąc miodowy. Najchętniej rezerwują pokoje hotelowe z widokiem na wodospad.

Pomimo, że odwiedziłam to miejsce wiele razy to chętnie pomieszkałabym tam z pół roku. To takie miłe uczucie spacerować latem wzdłuż balustrady, kiedy lekki wietrzyk przynosi wodną mgiełkę. Słyszeć i widzieć ten olbrzymi żywioł. Być tak blisko. 

W okresie letnim miliony ludzi odwiedza to słynne miejsce. Na przykład w 2009 roku aż 28 milionów ludzi! Dla każdego znajdzie się tam coś ciekawego do obejrzenia. W okresie zimy kiedy wszystko jest zasypane śniegiem a wodospad częściowo zamarznięty, także nie brakuje chętnych bo widoki są niepowtarzalne.

Można zejść całkiem nisko do wodospadu na zbudowane tam tarasy i wtedy jeszcze bardziej czuje się potęgę wody, która spada z wielkim grzmotem. Bliski kontakt z żywiołem dostarcza przeżyć, których nie zapomina się. Najstarsza atrakcja turystyczna wodospadu to „Maid of the Mist” czyli lodź podpływająca blisko spadającej wody. Turyści wybierający się w podroż łodzią dostają specjalne peleryny przeciwdeszczowe aby osłonić się od rozpryskującej wody. Czasem ukaże się kolorowa tęcza i wtedy wszyscy aż cichną z zachwytu. Tęcza to nie tylko piękne kolory, to także siedmiobarwny łuk bramy niebieskiej.

 

Kto ma ochotę i finanse może zafundować sobie przelot helikopterem nad wodospadem. Z pewnością jest to niezapomniane przeżycie. Jak kogoś nie stac na helikopter, może zjechać nad samą wodę po linie. 
Od kilku lat, przez kilka godzin wieczorem, wodospad po kanadyjskiej stronie jest podświetlany co dodaje mu dodatkowego uroku.

Po obu stronach granicy są male miasteczka o tej samej nazwie „Niagara” nastawione na turystów, a więc mnóstwo restauracji, sklepików z pamiątkami, prywatnych kwater do wynajęcia i nawet dwa kasyna po kanadyjskiej stronie.

Woda z wodospadu wykorzystywana jest do wytwarzania energii elektrycznej.

Od ponad stu lat przewinęło się tu wielu śmiałków, którzy zdecydowali się spłynąć wodospadem w beczce. Większość z nich przeżyła. Wśród nich nie zabrakło kobiet. Pierwsza była nauczycielka amerykańska Anne Edison Taylor. Przeżyła, zapewne dzięki mocnej beczce.
Z okazji licznych kanadyjskich świąt odbywają się nad wodospadem pokazy ogni sztucznych.
Film „ Niagara”z Marilyn Monroe fantastycznie pokazuje cały wodospad.
W 2009 roku udało mi się zorganizować mały zjazd rodzinny. Przyjechało 18 osób. Było bardzo miło, pogoda też dopisała. Takich chwil nie zapomina się przez całe życie.
Miałam tę możliwość czy tez szczęście, żeby podziwiać wodospad zarówno od kanadyjskiej jak i amerykańskiej strony.


piątek, 3 stycznia 2020

Dolina Śmierci

Dzisiaj zabieram Was w daleką od Polski podróż wirtualną do parku gdzie kamienie same wędrują, gdzie jest tajemniczo i gdzie jest największa depresja w Ameryce Północnej.


To miejsce nazywa się Dolina Śmierci. 
Nazwa nie jest zachęcająca ale park jest piękny i bardzo ciekawy, niepowtarzalny w swej urodzie, olbrzymi, fascynujący.
Zajmuje obszar na granicy dwóch stanów USA: Kalifornii i Nevady.
Jest to najbardziej gorący, najbardziej suchy (wilgotność powietrza wynosi 1%), najbardziej wietrzny obszar gdzie prędkość wiatru dochodzi do 160 km na godzinę. 
Na dodatek znajduje się tam najniżej położone miejsce w Ameryce.
Jak sama nazwa wskazuje Dolina Śmierci czyli wszystko umarło ale to nieprawda. 
Tutaj też tętni życie na kalifornijskiej Mojave Desert. 
A jeśli odwiedzi się pustynię wiosną to zobaczymy całe połacie kolorowych kwiatów: żółtych, fioletowych, różowych lub białych.


Najniższy punkt tej doliny znajduje się aż 86 metrów poniżej poziomu morza!
Aż trudno to sobie wyobrazić, prawda?
Stojąc tam na samym dole, gdzie jest biało od soli ma się naprawdę mieszane uczucia.


Dalej jest olbrzymi obszar, który nazywa się „Badwater”.
Jest to miejsce gdzie kiedyś było słone jezioro długie na 4,5 km. Teraz pozostała tam sól po której trudno przejść, bo są tam wertepy podobne do kraterów na Księżycu lub do zaoranego pola z olbrzymimi skibami. To wygląda tak, jakby sam diabeł grał tam w golfa i nawet tak się nazywa ”Diabelskie pole golfowe”. Mimo nazwy, urzeka swym wyglądem. 
Trudno przejść po tej części, lepiej popatrzeć z daleka. 


Właśnie tu można spotkać wędrujące kamienie. ”Racetrack Playa” - tak nazywa się dno wyschniętego jeziora.
Do doliny zjeżdżamy samochodem, zostawiając go na parkingu i odwiedzamy rożne części doliny np. Złoty Kanion, potem inne pasma górskie o nieco zardzewiałych i innych pastelowych odcieniach, gdzie artyści mają swój raj, przyjeżdżając malować obrazy. Ta cześć doliny nazywa się „Artist’s Palette” ( Paleta artystów).


Wdrapaliśmy się na punkt widokowy o nazwie „Zabriskie Point” skąd podziwialiśmy erozyjne formacje skalnicowate. Miesce zainspirowało nawet film nakręcony przez Michelangelo Antonionio o takim samym tytule.
 
 

Olbrzymią dolinę otacza potężne pasmo górskie Panamint z najwyższym szczytem Teleskop Peak (3368 metrów npm) i pasmem gór Amargosa.
W okresie letnim lepiej nie odwiedzać tej doliny, bo często temperatura powietrza dochodzi do ponad 50 stopni Celsjusza. W 1913 roku w lipcu zanotowano plus 57, 7 stopni Celsjusza. Był to rekord.

Od naszego miejsca zamieszkania w Kalifornii, dolina znajduje się w odległości 4 godzin jazdy samochodem. Byliśmy tam w grudniu a więc nie musieliśmy obawiać się upałów. Wprost przeciwnie, trzeba było ubrać się w kurtkę.

Bylo dość rześko ale słońce pięknie świeciło ogrzewając nas nieco i dodając dodatkowego uroku otaczającym krajobrazom.
Zwiedzających jest mnóstwo w okresie zimowym. Najbliższe hotele których nie ma w tej okolicy za wiele, znajdują się w sporej odległości - około 30 km. Lepiej zarezerwować wcześniej, bo jeden dzień na całą dolinę to za mało. Przydałyby się przynajmniej 4 dni na zwiedzanie.



Na północy Parku Narodowego Doliny Śmierci jest 2 piętrowe rancho zwane "Scotty’s Castle". Nazwa pochodzi od Walter E. Scott - słynnego hochsztaplera, który przekonał biznesmena Alberta Johnsona do wybudowania tej willi i zainwestowania w te dolinę rzekomo w złoża złota. Jak się okazało, złota nie znaleziono ale Albert z żoną polubili to miejsce (oraz Waltera) i przyjeżdżali tu na okres zimowy. 



Nie mając potomstwa przekazali swoja posiadłość na cele turystyczne. 
Tak więc turyści maja frajdę odwiedzając ten oryginalny i bardzo dobrze utrzymany zabytek.
W 1933 roku Dolina została ogłoszona narodowym pomnikiem, a w 1944 roku parkiem narodowym. Cały ten obszar to raj dla geologów, którzy wciąż badają skały.


sobota, 23 listopada 2019

Goście z Szanghaju.


Ta historia jest jak z baśni ale to nie baśń lecz szczera, w 100% prawdziwa opowieść.
Miesiąc temu, w niedzielę, mieliśmy niecodzienną wizytę w domu - odwiedzili nas młodzi ludzie z Szanghaju.
A wszystko zaczęło się to z 15 lat temu. 
Nasi sąsiedzi z Nanaimo, Sally i Toni adoptowali małego Chińczyka. 
Nie w sensie oficjalnych urzędowych papierów ale psychicznie (sami mają 4 dorosłych synów).

Dawno temu, oglądając w TV program z domu dziecka w Chinach, uwaga Sally i Toniego skupiła się na jednym chłopcu. Zadali sobie wiele trudu, aby odszukać właśnie tego chłopca. Zaopiekowali się nim w ten sposób, że wysyłali mu ubrania, i pieniądze na szkołę. 
Taka pomoc trwała kilka dobrych lat. 

Gdy Shejian stał się pełnoletni, zaprosili go na okres świąt Bożego Narodzenia, do siebie do domu w Nanaimo. W ten sposób poznali się lepiej. Od tamtej pory on odwiedza ich regularnie raz na rok. A oprócz tego bardzo często dzwoni do nich przez Skype. W ubiegłym roku, kiedy Sally miała operację biodra, Shejian przyjechał na cały miesiąc (pomimo, że kilka miesięcy wcześniej poślubił sympatyczną Chinkę) aby pomóc Toniemu w opiece nad Sally po jej powrocie ze szpitala. Sally i Toni są już po osiemdziesiątce. Shejian przygotowywał im posiłki i urozmaicał czas spędzany w domu. 
W naszym osiedlu mieszka para Chińczyków: Mary i Charlie. 
Oni nie znają angielskiego. Jakaż była radość jak powiedziałam Shejian aby skontaktował się z nimi, to będzie mógł sobie porozmawiać w Mandarin i nieco urozmaicić pobyt. 

Po kilku dniach umówiliśmy się że razem ze Shejian przygotujemy kolację. 
Przy okazji Mary nauczyła mnie jak zrobić chiński deser, który bardzo smakował mi w Chinach.



Shejian jest sympatycznym i bardzo dobrze wychowanym młodzieńcem, a Sally mówi, że jest nawet lepszy dla nich niż ich własne dzieci pomimo, że mają bardzo częsty i dobry kontakt z dziećmi. 

Shejian ma teraz 29 lat i własną rodzinę. Ponad rok temu zawarł związek małżeński z pełną uroku Mao-ma, która wychowała się w Chinach blisko granicy tybetańskiej w prowincji Qirtar. W bieżącym roku przyjechał z nią do Kanady. Dla niej to była bardzo długa i nietuzinkowa podróż, ponieważ pierwszy raz w życiu wyjechała za granicę i od razu tak daleko.

Teraz oboje mieszkają i pracują w Szanghaju gdzie wynajmują jeden pokój w wielopokojowym apartamencie. My przyjaźnimy się z Sally i Tonim więc automatycznie zapoznaliśmy się z tym młodym człowiekiem już z zeszłym roku. W październiku tego roku mieliśmy okazję poznać jego sympatyczną żonę Mao-ma.

Tej jesieni byli znacznie krócej w Nanaimo, ponieważ nie mogli pozwolić sobie na długi urlop.

Sally i Toni urodzili się i wychowali w Anglii. Ojciec Sally zginął w czasie wojny. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za polaka, stad Sally umie sporo słów po polsku. Nim na stale przyjechali do Kanady, wcześniej pracowali przez ponad dwa lata z Zambii. Tam też urodziło się im dwóch synów.

Toni ma teraz 86 lat ale wciąż pracuje przez jeden tydzień w miesiącu. Nie musi tego robić ale chce, widocznie daje mu to dużo satysfakcji. Oprócz tego zajmuje się fotografią. Sally maluje piękne obrazy. Czasami odwiedzają nas albo my chodzimy z wizytą do nich.

sobota, 19 października 2019

Moje najtrudniejsze zmaganie w życiu, czyli lepiej późno niż wcale.


Tego artykułu nie powinni czytać kierowcy z dużym stażem! Cha, cha – zabraniam!
Artykuł jest przeznaczony dla tych co się wahają czy wyrabiać prawo jazdy.


W latach 30 mojego życia uczestniczyłam w wypadku samochodowym (prowadził ktoś inny). Pozostał mi taki uraz, że nawet nie chciałam słyszeć o zrobieniu prawa jazdy. Tak upłynęło kilka dobrych lat. Nie chodziłam do żadnych terapeutów, po prostu "olałam" ten temat. W końcu nie wszyscy muszą mieć prawo jazdy.

Upłynęło kolejnych "kilka" lat, aż tu nagle w wieku lat 66, babcia Zosia wpadła na pomysł.
Może jednak warto spróbować?
Mój mąż wspierał mnie w tym temacie, więc decyzja mogła być tylko jedna.

W Kanadzie ktoś, kto chce zrobić prawo jazdy ma wybór:
1) zapisać się na kurs
2) nauczyć się samemu

Jeśli wybieramy drugą opcję dostajemy bezpłatną książeczkę ze znakami i przepisami.
Po przestudiowaniu zdaje się teorię. 80% pozytywnych odpowiedzi i egzamin zdany.
Dostaje się literkę "L" którą przykleja się z tyłu samochodu i już można jeździć, ale tylko z kimś kto ma już prawo jazdy od dłuższego czasu. Nie wolno jeździć samemu, w nocy i po autostradach.
Większość ludzi bierze lekcje z praktyki u instruktora jazdy. Godzinna jazdy kosztuje $50.
Jeśli czujemy się na siłach aby zdawać egzamin praktyczny to wówczas umawiamy się na egzamin, który kosztuje $75 ale dla seniorów jest bezpłatny.
Teoretyczny egzamin zdałam za drugim razem, no ale znać teorię to wcale nie znaczy umieć jeździć.
Wzięłam chyba z 15 lekcji jazdy u instruktora.

Poszłam na egzamin no i oczywiście oblałam ale coś się tam nauczyłam, zapamiętałam błędy jakie zrobiłam. Specjalnie nie przejęłam się, bo nie spodziewałam się, że zdam za pierwszym razem. W końcu nawet kierowcy z prawem jazdy z innego kraju oblewają za pierwszym razem.

Znowu zaczęłam jeździć z instruktorem, a czasem też z mężem. Najwięcej ćwiczyłam parkowanie na pustym parkingu w weekend albo parkowanie za innym samochodem czyli (równoległe) bo to jest najtrudniejsze.

W końcu umówiłam się na drugi egzamin praktyczny.
Na samym początku egzaminator polecił zaparkować za innym samochodem. Zrobiłam to poprawnie, potem jechałam autostradą po czym skręciliśmy w mniej uczęszczaną drogę i otrzymałam polecenie zaparkowania przy krawężniku.
Moja uwaga była skupiona na tym aby zaparkować nie więcej niż 30 cm od chodnika. Zrobiłam to dobrze, popełniając jeden błąd: zapomniałam obejrzeć się przez ramię czy aby w niewidocznym punkcie nie jedzie np. rowerzysta. Ten egzaminator chyba bardzo chciał żebym zdała bo aż 3 razy dał mi sygnał zaparkowania przy krawężniku. Oczywiście ani razu nie obejrzałam się przez ramię, czyli znowu oblałam. Wróciwszy do biura, ten sympatyczny starszy pan wytłumaczył mi co zrobiłam nieprawidłowo i powiedział "musisz jeździć dotąd aż wyrobi Ci się nawyk". Wiedzieć to za mało.

Była już jesień więc znowu "odpuściłam" sobie to prawo jazdy i wyjechaliśmy na zimę do Kalifornii.
Kiedy wróciliśmy wiosną do Nanaimo przekonałam męża że nie warto wydawać pieniądze na jazdę z instruktorem. Pojeżdżę z mężem i spróbuję jeszcze raz. W końcu do trzech razy sztuka.

Któregoś dnia wróciwszy do domu zobaczyłam w drzwiach wizytówkę mojego instruktora "Sophia, call me." Myślę sobie, co on może ode mnie chcieć?
Może chce żebym popilnowała mu dzieci? Następnego dnia dzwonię a on mi mówi, że będzie mnie uczył jazdy bezpłatnie, tak długo aż zdam. Zaniemówiłam!
Pytam się „Dlaczego to robisz Damian? Ty masz troje dzieci, potrzebujesz pieniędzy, tym bardziej że Twoja żona nie pracuje bo opiekuje się dziećmi”.
On zaś "Bo jesteś już blisko końca, aby zdać egzamin."
Mąż też mnie zachęcał żebym się nie poddawała.


Z instruktorem wyjeździłam jeszcze 8 godzin i poszłam na egzamin.
Przed egzaminem powiedziałam do męża, że jak tym razem nie zdam to odpuszczam bo kosztuje mnie to za dużo nerwów: jedź z przepisową szybkością (a w Nanaimo jeździ się albo z górki albo pod gorę), obejrzyj się przez ramię przy zmianie linii jednocześnie trzymając kierownicę prosto aby nie zboczyć ze swojej linii, nie przegap znaku stop, wiedz która droga ma pierwszeństwo przejazdu, kiedy można skręcić w lewo, zwolnij do 30 km na godzinę w terenie szkolnym.
Sporo tego jak dla babci na pierwszy raz - prawda?

Tym razem wzięłam nasz samochód, poprzednio próbowałam zdawać jeżdżąc małym samochodem mojego instruktora. Egzaminatorką była kobieta. Od samego początku rozmawiała ze mną i chyba dzięki temu wyluzowałam się i egzamin praktyczny zdałam!

Zdałam egzamin z prawa jazdy!
W wieku 67lat!

Przez pierwszy rok jazdy wcale to do mnie nie docierało, szczególnie jak trzeba było jechać 80 lub 90 km na godzinę. Teraz jestem wdzięczna zarówno mężowi jak i instruktorowi, że zdobył się na tak miły gest. Oczywiście po egzaminie zrewanżowałam mu się za dobre serce.

Teraz nie mam takiego lęku jak na początku i jestem wdzięczna że los potrakował mnie pozytywnie w tym względzie.
Fantastyczna jest możliwość wyjazdu do sklepu spożywczego, lekarza czy na spotkanie z koleżankami.

Tak więc, jeśli ktoś z Was waha się, główkuje czy warto jeszcze robić prawo jazdy, odpowiadam że WARTO!

I jeszcze odnośnie próbowania: przyjrzyjmy się dzieciom ile razy próbują zrobić tę samą czynność wcale nie zrażając się niepowodzeniem.