Autor szablonu: ArianadlaWioski Szablonów | Flower design by BiZkettE1 / Freepik

sobota, 18 lutego 2023

Meksyk, ach ten Meksyk.

Meksyk budzi różnorodne skojarzenia, zależy co kogo interesuje: turystyczne, wodne przyjemności, jedzenie (napisze oddzielny artykuł i załączę zdjęcia) a może historia Majów, podróż do wnętrza? 

Niedaleko od nas w miejscowości Chichez Itza są ruiny starożytnego miasta Majów z piramidą Kukulkana, siódmym cudem świata. Byliśmy tam 14 lat temu, następna piramida w Coba i wiele innych w całym kraju.
Chciałabym tam jeszcze raz pojechać ale w konkretnym dniu zrównania dnia z noca aby podziwiać cud natury połączony z pracowitością i wiedzą ówczesnych budowniczych.
Kiedy słońce zachodzi, jego promienie padają na krawędzie schodów, wyglada jakby świetlisty, złoty wąż pełz z góry na dół. Mam na myśli Kukulkana.

Okropnie rozleniwiłam się w tym gorącym i wilgotnym klimacie, zamiast pisać artykuły.
Jesteśmy tu już trzy miesiace i zaczynamy chłonąć miejscową energię.

Meksykanie poruszają się pomału i mówią wolno, nie denerwują się.
Niecierpliwość dotyczy raczej nas, ludzi żyjących w chłodniejszym klimacie.
Aby cokolwiek załatwić trzeba odstać swoje w kolejce.
wolno
Świętują każdą niedzielę ubrani w białe koszule lub białe podkoszulki. Część sklepów zamknięta a nawet niektóre restauracje. Od godziny 17-tej w niedzielę nie można kupić żadnego alkoholu nawet piwa.

Obowiązkowy strój w szkołach średnich dla dziewcząt to białe bluzki, białe podkolanówki i czarne spódniczki a dla chłopców białe koszule i czarne spodenki.
W ogóle biel bardzo popularna tutaj. Na drugim miejscu róż a potem czarny.

 

Najczeście używane słowa to: cześć - "ola", Jak sie masz - "como estas",  miłego dnia - "buen dia", jutro - "manana".

Po całym mieście Play del Carmen jak również innych krajach Ameryki Srodkowej np. Guatemala jeżdżą takie małe busiki Colectivo lub autobusy lekko sfatygowane o nazwie Tusca i podwożą ludzi do centrum. Opłata 10 pesos czyli 2,5 złote niezależnie od tego czy jedzie się dwa przystanki czy do końca trasy, kierowca nie wydaje biletów.
Prawie w każdym pojeździe rozlega się bardzo głośna muzyka. Ludzie bardzo grzeczni, spokojni, nikt się nie przepycha, nie kłóci.

W sklepach z ubraniami są przymierzalnie (provador) zamknięte na klucz i jeśli chce się zmierzyć jakiś ciuch trzeba długo czekać aż przyjdzie właściwa osoba z kluczem.

Mnóstwo ludzi spędza urlopy na nartach jednak zdecydowana wiekość lubi ciepło i jest tutaj jak i w całym Meksyku i innych ciepłych krajach Ameryki środkowej naprawdę bardzo, bardzo dużo turystów w okresie zimy z całego świata.

W weekendy w centrum Play Del Carmen przy ogromym Portalu Majów odbywają się bezpłatne, egzotycznych występy z głośną, żywą muzyka a duch Majów i energia wciąż obecna na całym Półwyspie Jukatan.

Inny występ to kilku mężczyzn wiszących za nogi krąży na karuzeli przez kilka minut głową w dół. Licze stragany oferują przeróżne meksykańskie pamiątki i posiłki.

Z centrum miasta odpływają co godzinę szybkie promy na pobliską wyspę Cozumel (podróż trwa 40 minut, bilet kosztuje ponad $10 US w jedna stronę) gdzie jest mnóstwo atrakcji jak snorkel, przejazd jeepem ATV przez jungle, submarine z przezroczystymi ścianami, schodzący blisko 30 metrów na dół morza, łodzie ze szklanym dnem aby podziwiać świat podwodny i wiele, wiele innych.

Wypożyczonym skuterem przejedziesz całą wyspę w ciągu 5 godzin, po drodze zwiedzisz ruriny San Gervasio.

Jest także coś słodkiego na ząb, fabryka czekolady jak również produkcja toquili, lokalnego alkoholu wyrabianego ze specjalnego rodzaju kaktusa.

Do wyspy dopływją ogrome statki wycieczkowe i turyści opuszczają statek aby zwiedzić te śliczną wyspę i piękne, piaszczyste plaże z krystalicznie czystą wodą.


Prawie w każdy piątek lub sobotę około 17-tej w hotelach blisko plaży odbywają sie uroczystości ślubne.

Na moim zdjęciu jest to ślub z Malezji. Morze kwiatów a natychmiast po zakończeniu uroczystego ślubowania za pomocą specjalnej maszyny wypuszczono tysiące baniek mydlanych, ulatujących do nieba wraz z najlepszymi życzeniami.








 

środa, 4 stycznia 2023

Meksyk - urządzamy się

Miałam ochotę napisać o historii Meksyku ale odkładam to na poźniej ponieważ sporo osób pyta, jak nam się mieszka w Meksyku i co porabiamy cały dzień.

Tak jak już pisałam w pierwszym artykule pierwsze 3 tygodnie spędziliśmy w sklepach szukając potrzebnych mebli, pościeli, garnków, talerzy itp. Wierzcie mi wcale to nie było łatwe i przypomniały mi się czasy PRL: "Nie ma albo nie wiadomo kiedy będzie".
A ja rozpieszczona kanadyjskim sposobem myślenia musiałam na nowo sobie przypomnieć aby za bardzo nie ufać. Wszystko trzeba sprawdzać w sklepie bo w domu okazuje się pomimo, że nowe to już popsute.
Moje pokolenie to pamięta doskonale, prawda?
Nie na darmo w Polsce często używano zwrotu (nie wiem czy w dalszym ciagu?) "istny Meksyk" na bałagan czy jakieś inne zawirowanie. Coś w tym jest.
Nie piszę tego aby narzekać czy biadolić, po prostu podaję do wiadomości byście wiedzieli jak tu jest i że od niepamiętnych czasów nic się tu nie zmienia jak mówi moja przyjaciółka Halinka, która kiedyś tu mieszkała.

Owszem w eleganckich hotelach, gdzie przebywają turyści zapłaciwszy za pobyt (all inclusive) jest paradise czyli wszystko pięknie.
My też tak odpoczywaliśmy 13 lat temu blisko Cancun ale tylko przez tydzień.
Zaś moje wrażenia tegoroczne z Meksyku to są o takim normalnym życiu wśród tubylczej ludności, czyli to co mnie zadziwia.
ŚMIECI!!!!
Pod tym względem Meksyk jest 100 lat w tyle a może nawet dlużej.

Moim zdaniem to nie tylko tutejsza wina rządu aczkolwiek Meksykanie też nie są bez grzechu bo potłuczone wykładziny, zastygły cement czy inne odpadki z budowy o zgrozo wyrzucają do jungli, pomimo, że jest tablica ostrzegająca przed grzywną w wysokości 2 tysiecy $ czyli około 10 tysięcy pesos.
Zaś tych lekkich, teraźnieszych śmieci i plastiku jest najwięcej wokół parkowanych samochodów blisko plaż. I co meksykanie tak odpoczywają czy turyści zostawiają ślad po sobie?
Zmęczeni plażowaniem nie mają już energii aby zabrać pustą butelkę lub puszkę albo zużytą pieluchę.

Człowieku opamietaj się, jesteś tylko gościem nie tylko w Meksyku ale na tej Ziemi.
Ona Cię karmi, zastanów się choć przez moment.

Niemniej te wszelkie niedogodności kompensują mili Meksykanie, śpiew ptaków rożnokolorowych, małpki, piaszczysta plaża, ciepła woda w morzu, tanie kolacje w małych resturacjach, tanie usługi w pralni (z tego  powodu nie kupiliśmy pralki) nie wspomnę o suszarce bo na balkonie pranie suszyłoby sie 3 dni z powodu dużej wilgotności powietrza), tanie  taxi i nie zmodifikowane jedzenie i oczywiście ciepło i jeszcze raz ciepło.
I jest tu jeszcze coś czego jeszcze nie odkryłam ale doświadczyłam na własnej skórze, że człowiek czuje sie zrelaksowany i zapomina o wszystkich troskach.
Meksykanie poruszają się wolno i nie widać u nich żadnego znieciepliwienia.

Teraz już korzystamy z plaży kiedy nam przyjdzie na to ochota. Niepotrzebna SPA, mamy ją tu w naturze, błękine niebo, słona woda, żółty, czysty, piasek, palmy i orzeźwiający wiatr znad morza, rozkrzyczane mewy. W okresie świątecznym widziałam dużo rodziców z dziećmi, także sporo Polaków, przyjeżdżają nawet z niemowlętami.

Jak wygląda mój /nasz codzienny dzień?
Wstaję przeważnie przed 8 rano.
Idę 5 minut  po  swieży sok zwykle kupuję na 3 dni.
Meksykanka sprzedaje na ulicy różne rodzaje, kupuje zielony warzywny (szpinak, ginger, kaktus, pomarańcza) dla siebie a dla męża pomarańczowy. Za dwa litry płacę 75 pesos to jest $3.5
Mój mąż jeszcze śpi.
Idę na spacer (pierwsza przyjemność) bo jest na razie znośna temperatura.
Po powrocie przygotowuje małą kawkę i to jest moja druga przyjemność.
Gimnastykuję się 15 minut.
Wstaje mąż. Przygotowuję śniadanie.
Następnie każde z nas robi to na co ma ochotę, maluję, uczę się hiszpańskiego, piszę, czytam, robię mała przepierkę, odpowiadam na maile. Nie wychodzimy na dwór bo robi sie gorąco, plus 30 stopni Celsjusza.
Jeżeli produkty spożywcze kończą się to wówczas nasz dzień jest bardziej pracowity. Artykuły pierwszej potrzeby mamy w zasięgu kilku kroków ale po większe zakupy należy udać sie dalej i wtedy idziemy piechotą pół godziny do dużego meksykańskiego sklepu. Nie mamy tu samochodu. Wracamy z zakupami taksówką (wspominałam że są tanie). Przeciętnie płacimy kierowcy 70 lub 80 pesos czyli $4.

Po lunchu czyli około 3pm idziemy na plażę ale nie codziennie bo trzeba iść ponad 20 minut, a nie zawsze się nam chce w tym upale. Natomiast powrót do domu jest milszy bo schłodzeni wodą  morską i końcem dnia czujemy sie orzeźwieni na nowo.
Przy plaży jest bezpłatna przebieralnia natomiast WC czynne tylko od 9 am do 5pm kosztuje 5 pesos czyli około jednej polskiej złotówki (jeśli dobrze policzyłam, ha, ha).
Jak ktoś zaraz po wyjściu z morza chce spłukać słoną wodę to prysznic kosztuje następne 5 pesos.
Wiadomo Meksyk gorący jest, na plaży 85% dziewcząt i kobiet ma odsłonięte dolne policzki. Coś tam niby majta się między pośladkami, rzekomo strój kąpielowy, cóż taka moda nastała.

Na zakończenie krótki wiersz poetki z Wielunia, pani Niny Pawlaczyk.

Miałkość
Brnę w miałkość
Plaża mi sie marzy
Poczuć ciepło słońca co piasek rozgrzewa
Stopy zanurzyć, iść, wtedy czasem śpiewa
Brak mi szumu fali, przypływu
Iść w zachód słońca  ku ścieżce złotej
Brzegiem, a fala leciutko goni mnie
Podmywa
Znika miałkość
Czuję sie szczęśliwa.


                       Pozdrawiam bardzo serdecznie.

niedziela, 11 grudnia 2022

Meksyk

Nowy rozdział w naszym życiu.
Zamienieliśmy piękną i bogatą Kalifornię na gorący i biedniejszy Meksyk.
Inny świat, inni ludzie: spokojni, ciepliwi, przyjacielscy. Pracują tu podobnie jak w PRL: postawią drabinę i farbę po czym znikają na 3 dni.
Idąc ulicą koniecznie trzeba patrzeć pod nogi bo drogi wyboiste, studzienki niezabezpieczone, piesi muszą uważać na samochody, bo one mają pierwszeństwo.
Najbliższą naszą drogą ludzie chodzą tylko po lewej stronie chodnika ponieważ po prawej jest dżungla (serio, prawdziwa dżungla) nigdy nie widziałam tam żadnej osoby idącej po chodniku.

Może jednak zacznę od początku.
Misternie ułożony plan podróży został zakłócony. Z powodu mgły nie mogliśmy wydostać sie z naszej wyspy, loty zostały odwołane, wróciliśmy do domu po 6 godzinach oczekiwania na lotnisku i dopiero zabrano nas dwa dni później. Potem długi lot i od razu wpadliśmy w ukrop. Nie dość, że plus 30 C to z wilgotnością 36 C. Nie czas na odpoczynek i narzekanie, trzeba się jakoś urządzić w Playa Del Carmen na całą zimę.
To nie jest nasz pierwszy wyjazd do Meksyku ale poprzednie wizyty były zorganizowane i byliśmy nieco młodsi.
Już traciłam nadzieję czy polubię Meksyk znowu. Jednak po 2 tygodniach organizm się przyzwyczaił i teraz stwierdzam, jest tu całkiem sympatycznie. Temperatura powietrza również spadła o 2 C co daje większy komfort, a w nocy czasem są tylko 24 C.

Jedzenie także smaczne bo naturalne, organic, nie przetworzone genetycznie.
A skoro o jedzeniu to jemy kaktusy.
W sklepie jest specjalne stoisko z łodygami kaktusa a meksykanka obcina kolce, to jej zajęcie przez cały dzień. Płaty kaktusa dodajemy do sałatki na surowo, czasem do smażonych warzyw. Sok owocowy  z kaktusem też pyszny. 

Tutejsza  tania toquila jest wyrabiana z różnego rodzaju kaktusów. Turyści chętnie zamawiają margieritę, drink znany chyba na całym świecie.
W Meksyku rząd bardzo dba o turystów  bardziej niż o swoich obywateli.
Jednak turyści płacą za wszystko o 20% więcej od meksykanów.
Jeszcze nie ma tu kanalizacji, woda z kranu nie nadaje sie do picia, gotowania. Większość ludzi (łącznie z nami) ma zamontowne pod zlewem specjalne filtry filtujące wodę. W pobliżu nas ma lokalizację Coca Cola, gdzie jest wytwarzana cola jak równiez uzdatniana pitna woda, sprzedawana w dużych plastikowych 5 galonowych pojemnikach.
Mieszkamy w Playa del Carmen na półwyspie Yukatan nieco na północ od centrum, z dala  od zgiełku i głośnej, nocnej muzyki. Jeszcze tam nie byliśmy zajęci urządzaniem się na całą zimę.
Miasteczko rozwiaja się w niesamowitym tempie. Jeszcze 14 lat temu mieszkało tu 14 tysięcy ludzi. Teraz w okresie sezonu czyli tutejszej zimy jest aż pół miliona. Nie brakuje chętnych z Kanady, US i innych krajów łacznie z Polską.

Nawet LOT obsługuje tę linię. Biura podróży z Polski proponują całkiem tanie 8 dniowe wycieczki do Meksyku , wszystko wliczone (all inclusive), w cenie pięć tysiecy za jedną osobę. Latają tanie czartery z Warszawy, Poznania, Katowic. Minus to odległość, bardzo długi lot z Polski.
Nasz lot był nieco krótszy ale i tak za długi bo 6 godzin z Vancouver do Cancun a potem jeszcze trzeba pokonać następne 50 km. A już nie mamy po dwadzieścia lat.

Drzewo bananowe rośnie przed naszym budynkiem.

Od podwórka pełno kwiatów tych samych sprzedawanych w kwiaciarniach Kanady i innych miejscach na świecie za  duże pieniądze.

Do plaży mamy 20 minut pieszo.
Nad morzem Karaibskim wieje miły wietrzyk, woda bardzo ciepla. Czasem są wysokie fale. Pełno rokrzyczanych mew. Obiekty wypoczynkowe  ulokowane nad brzegiem wody.
Na plaży co jakiś czas przemyka gazik z uzbrojonym meksykańskim patrolem a oprócz tego jeden żołnierz stoi z karabinem przy wejściu na plażę. W większych sklepach także obecna uzbrojona ochrona blisko kas.  
Przez naszych przyjaciół Elę i Leszka poznaliśmy wspaniałych ludzi, Agę i Krzysia, którzy dużo podróżują a wrażenia wraz z fenomenalnymi,  profesjonalnymi zdjęciami zamieszczają na swoim blogu The Van Escape.

Na razie tyle, następnym razem napiszę o historii meksykańskiej albo podzielę sie wrażeniami z życia rozrywkowego w Playa Del Carmen w centrum.
 
Tymczasem żegnam się, pozdrawiając serdecznie.


piątek, 7 października 2022

Sandomierz

W młodości interesuje nas przede wszystkim teraźniejszość i przyszłość.
Niejednego odwraca od historii, która wydaje się najbardziej nudnym przedmiotem w szkole.
Jest tam tyle bigosu trudnego do strawienia nie tylko z ostatniego roku, ale z tysięca albo więcej lat.
Natomiast kiedy przeżyjemy już ponad pół wieku to zaczyna nas bardziej interesować przeszłość. Raptem staje się dla nas ciekawa i ważna.  Niejednokrotnie częściej niż przyszłość. Chcemy zobaczyć się z ludźmi z którym dorastaliśmy pomimo, że nie utrzymywaliśmy kontaktów, nie widzieliśmy ich przez ćwieć wieku albo dlużej.
Myślę, że nie jestem wyjątkiem w tym względzie a oprócz tego bardzo lubię wracać do miejsc w których już byłam wiele razy.
Jednym z takich jest Sandomierz i jego okolice. Zapraszam serdecznie.

Historia tego miasta i okolic to zespół urbanistyczno-architektoniczno-krajobrazowy o światowej randze. Sięgamy wstecz ponad tysiąc lat.

Wycieczkę planowaliśmy z przyjaciółmi od pół roku. Krysia i Henio zabrali nas samochodem z Warszawy, ze szczegółami zaplanowali całe trzy dni włącznie z noclegami w ładnym hotelu. Dzieki Wam za to.
Henio bardzo solidnie przygotował material historyczny tamtych okolic. Zebrał w języku angielskim i polskim informacje o wszystkich czterech miejscowościach, które zwiedziliśmy. Mój mąż nie zna polskiego więc dla niego wersja angielska.

Dzień zaczęliśmy od porannej kawy w zamkowej resturacji w Opatowie. Jest to małe  miasteczko w województwie świętorzyskim. Kolegiata Rzymsko-Katolicka pw. Św. Marcina z XII wieku prezentuje sie okazale, romańska budowla z XII wieku, zachowała wiele pierwotnych elementów, poźniej rozbudowana. Dziś ma w sobie wszystkie style architektoniczne z bogatym wystrojem, głównie barokowym. Czas zatrzymał się na chwilę. Miło popatrzeć, wspomnieć, zachować w pamięci na długie dni.

Przed wejściem brama warszawska, której trudno nie zauważyć. Jest to ostatnia z zachowanych bram miejskich w Opatowie. Kilka zdjęć, spacer wokół ryneczku i jedziemy do Baranowa Sandomierskiego.   
A tam piękny park, fontanny i zamek, prawdziwa perełka renesansu często nazywana Małym Wawelem. Znakomicie zachowana rezydencja magnacka. Zbudowany przez Rafała i Andrzeaja Leszczyńskich na przełomie XVI i XVII wieku, wg projektu włoskiego architekta, Santi Gucciego, trzykondygnacyjna budowla. Naroża zdobią cztery okrągłe baszty.

Wchodzimy przez kamienny portal na pełen czaru, arkadowy dziedziniec. Kolumny, krużganki, malownicze podcienie, piękne schody ach jak lubię te klimaty i już wyobraźnia pracuje jak przechadzały się tutaj damy w długich, powiewnych sukniach. Jeśli kogoś stać może zamówić nocleg w zamku. Jest kilka przygotowanych pokoi.
Nie obeszło się bez zrobienia zdjeć. Z żalem opuszczamy urzekający zamek i udajemy do Sandomierza.                  

Humory dopisują, cieszymy się swoją obecnością po długiej przerwie covidowej i ciepłym słonecznym dniem. Jest co przypominać  z połowy wieku.
Teraz rozlokowanie w hotelu, krótkie odświeżenie i spacerkiem na kolację, koniecznie w resturacji ulokowanej w pobliżu ryneczku i gotycko-renesansowego ratusza z XIV wieku. Nie lubię jak restauracje podają teraz w Polsce gigantyczne porcje i oczywiście odpowiednio wygórowana cena do takiego dania. Z powodzeniem przeciętny człowiek nasyci się połówką. Jestem pewna, ten wzór dotarł do Polski z Ameryki.
W drodze powrotnej cała gama wspomnień, niezapomniany zachód słońca, małe zakupy i udajemy się na zasłużony wypoczynek do holetu grodzkiego.

Drugi dzień wycieczki to zabytki Sandomierza a jest ich naprawdę wiele.
Cudownie, ruch kołowy wstrzymany na starówce, jest spokojnie i cicho.
Brama Opatowska to ostatnia z czterech, które niegdyś strzegły wjazdu do miasta. Wzniesiona w XIV wieku.

Najpierw wdrapywanie się na wieżę, podziwianie wspaniałej panoramy miasta i okolic.


W pobliżu kościół św. Michała, idziemy. W podziemniach szklana trumna w której złożono 300 lat temu zwłoki Teresy izabeli Morsztynównej, osiemnastoletniej dziewczyny, córki wojewody Sandomierskiego, której piękność, wykształcenie i pobożność były ponad miarę. Niestety jakaś nieuleczalna choroba tamtego okresu skróciła jej żywot. Tymbardziej, że w dwa tygodnie po tej tragedii zmarł jej starszy 22-letni brat.
Niektóre przewodniki określaja ją jako "Perła Ziemi Sandomierskiej". Wiele lat po jej śmierci gdy otwierano kilka razy trumnę jej ciało było nienaruszone.
Czas na ratusz, centralny punkt rynku to pierwsza atrakcja, która nasuwa się na hasło ”Sandomierz”.

Wchodzimy do wewnątrz, a tam wystawy w dwóch salach. Po prawej interesujące prace rzeźbiarskie w drewnie Jana Puka.
Po drugiej stronie ciekawa biżutera wykonana z kamienia pasiastego. Kamień ten to krzemionka we wzory. Optymizm, jakby promienie słońca utrwaliły się.
Kupiłam na pamiątkę naszyjnik i pierścionek.


Do miasta można było dostać się także przez furtki, jedna z nich zachowała sie do tej pory zwana "ucho igielne" - furtka Dominikańska.


Trasa Podziemna liczy około pół kilometra. Zarówno Baranów Sandomierski jak i Sandomierz to były miasta kupieckie, którym brakowało przestrzeni magazynowej i chłodnej temperatury do przechowywania towarów spożywczych. Tutejsze domy stoją na glebie lessowej więc łatwo było kopać pomieszczenia pod domami.
Zachowała sie także synagoga oraz najpiękniejsza kamienica Oleśnickich.
Nasi panowie poszli do Zbrojowni Chorągwi Rycerstwa Ziemi a my z Krysią spędziłyśmy czas na pogaduchach aż wstyd się przyznać.

Nieco zmęczeni zafundowalismy sobie przejażdżke meleksem aby więcej zobaczyć i tak  trasą od Zamku Królewskiego do wąwozu Królowej Jadwigi (najpopularniejsze miejsce spacerowe)a potem bulwarami Wisły.


Na wzgórzu pyszniła się Bazylika Katedralna i dom Długosza, wybitnego historyka i kronikarza czasów jagiellońskich. Zaś kościół św. Jakuba położony na łagodnym wzgórzu i otoczony winnicą to jeden z najbardziej pocztówkowych kadrów w Sandomierzu.

Nie zdążyliśmy wejść na wzgórze Salve Regina. Podanie głosi, że to miejsce wiecznego spoczynku mitycznego założyciela grodu-Sędomira-lub pochowku ofiar najazdu tatarskiego w 1260 roku.
Dzień kończymy lampką wina i pizzą.

Po pysznym, urozmaiconym śniadaniu i dobrej kawie kierunek na Ujazd.
A tam najwspanialsze, nie mające sobie równych ruiny zamku magnackiego zachowane w znakomitej formie. Krzyżtopór wywarł na mnie ogrome wrażenie.

Ta przebogata siedziba prezentowała sie w całej okazałości zaledwie kilkanaście lat. Zbudowana według projektu Wawrzyńca Senesa w latach 1632-1644.
Zamek został doszczętnie zruinowany podczas potopu szwedzkiego
Tajemnice zamku głoszą iż fundatorem rezydencji był Krzysztof Ossoliński, znany z zamiłowania do astrologii i magii. Paramerty budowli odpowiadały liczbom związanym z kalendarzem: 4 baszty (kwartały), 12 sal (miesiące), 52 komnaty (tygodnie), 7 wejść (dni tygodnia) i 365 okien (dni w roku) aby zachować kalendarzową rownowagę w latach przestępnych jedno okno zamurowywano.
Na murach były tajemnicze znaki i symbole. Do dziś ocalał Heroglif ze stylizowaną litera ”W” ma być symbolem wiecznego trwania zamku.

Dziedziniec zamku wykorzystywany jest na różne imprezy i koncerty. Szkoda, że nie mogę w nich uczestniczyć.
Długo nasze oczy przesuwały sie z jednego skrzydła zamku na drugi, spacerowaliśmy podziemniami zamku, na pierwszej kondygnacji, potem drugiej wygladając przez okna  baszty na rozległe zielone równiny... Cała ta historia przenikała do mojego serca.
Białe lekkie obłoki przesuwały się po kopule nieba zdziwone naszym zauroczniem. Wczułam się w ogarniającą mnie atmosferę i pozwoliłam sobie na marzenia 17-wieczne.
Z żalem opuściliśmy to fascynujące miejsce, zatrzymując się chwilę przy straganach aby nabyć małe pamiątki.
Jesień jeszcze wciąż piękna, polecam taką wspaniałą wycieczkę.

Pozdrawiam serdecznie.

Pędziwiatr czyli Zofia

niedziela, 4 września 2022

Kazimierz Dolny

Dużo dobrego się działo u mnie przez czerwiec i lipiec. Właściwie więcej niż przez okres całej pandemi.
Zastanawiam się od czego zacząc? Najlepiej od końca. A więc zapraszam do Kazimierza Dolnego inaczej Kazimierza nad Wisłą.
W lipcu pojechaliśmy tam na 36 godzinny rekonesans.

Kazimierz, w ktorym bylam chyba z 10 razy, jak zwykle nie zawiódł nas. Pogoda wymarzona, słoneczna, sporo turystów.
Zawsze urzeka swoją urodą. Od pierwszego spotkania skradł moje serce. Myślę,
że nie tylko moje, ponieważ przyjeżdża tu rocznie około miliona turystów. Urocze miejsce na krótkie wakacje przez cały rok. Najpiękniej prezentuje się złotą jesienią, mieniąc się wszystkimi kolorami od złota, pomarańczy, rożnobarwnej zieleni, rdzy, czerwieni aż po czerń.
Miasteczko ma zabudowę willową. Ostatnimi czasy doprowadzone do ładu ruiny zamku i wieża oferują wspaniały widok na Kazimierz, Wisłę oraz malownicze, zielone tereny. Ruiny zamku górują nad Kazimierzem a w swoich murach i na rozległym dziedzińcu zatrzymują ciepło słońca i licznych turystów ciekawych historii tego miejsca.
Niemniej najlepsza panorama jest z Góry Trzech Krzyży.
Na środku rynku ta sama urocza studnia pokryta gontem (jeden z symboli miasteczka). 


Wokół liczna rzesza artystów malarzy. W poblizu ktoś gra na jakimś instumencie, turyści zatrzymują sie, zasłuchani.
Zaś w XIV wiecznym kościele Farny pw. Jana Chrzciciela i Św. Bartłomieja czas się zatrzymał, oferując ciszę, zadumę i niezapomniany koncert organowy, wykonywany na najstarszych w Polsce zachowanych w całości organach. Jest tam też kamienna chrzcielnica podobno wykonana w warsztacie Santi Gucciego we Florencji.

Wykoleiny, wąwozy lessowe z odsłoniętymi korzeniami drzew (jeden z nich to Korzeniowy Dół) nie wyżłobione przez naturę lecz przez człowieka a ściślej przejażdżkę końmi z wozami zwożącymi zboże do dawnych spichlerzy. Te ostatnie dzisiaj pełnią rolę hoteli.

Kazimierzowska ściana płaczu znajduje się przy wejściu na Kierkut na Czerniawach, dawnym cmentarzu żydowskim, wykonana z odzyskanych macew, które hitelowcy bezcześcili w czasie wojny zrywając z żydowkich grobów aby wybrukować drogę dojazdową i dziedziniec do siedziby Gestapo mieszczącej sie w klasztorze OO. Franciszkanów. Szczelina w środku symbolizuje tragiczny los Żydów.

A oto synagoga, która zachowała sie do tej pory.

Wokół rynku na którym w dalszym ciągu we wtorki odbywa się targ przycupnęły renesansowe domy. Najwspanialsze to Kamienice Przybyłowskie.
Najstarszą kamienicę Kazimierza, podobno jakiś Anglik chciał kupić, pociąć na kawałki i przewieźć do siebie. Na szczęście pozostała tam gdzie stała od początku.
Oddalając sie od rynku spacerkiem 10 minut widzimy piękny budynek Akradii.

W dawnych czasach zwykle tu zatrzymywałam się i oczywiście nie omieszkałam teraz odwiedzić starych kątów. W holu ta sama piękna kamienna podłoga i w dalszym ciagu można tu wynająć pokoje.  Rezerwację należy zrobić z dużym wyprzedzeniem ponieważ chętnych nie brakuje. Dobra cena za nocleg i smaczne wyżywienie.
Pomnik króla Władysława Wielkiego stoi nad Wisłą i jest dość skromny niewspółmiernie do jego zasług.  Za to na ryneczku “letni” król Kazimierz Wielki wysoki aż do nieba i wdzięczny.

W domu państwa Kuncewiczów jest muzeum.
Urzekającym wczesnym wieczorem na ryneczku zaczęli z nami rozmowę bardzo sympatyczni ludzie. A zaczęło się banalnie u stóp wieży zamkowej w ciągu dnia kiedy poprosiliśmy o zrobienie nam zdjecia. Wtedy nie zwróciłam uwagi ale tu na ryneczku od słowa do słowa okazało się, że są pierwszy raz w Kazimierzu, zachwyceni miejscowościa,  dużo podróżują tak jak my i byli prawie w tych samych miejscach na świecie co my. Pod koniec rozmowy konwersacja jeszcze bardziej ożywiła sie gdy okazało się, że znają moją córkę. Ha, gdzie Wrocław bo stamtąd przyjechali a gdzie podwarszawski Izabelin. To spotkanie uwieńczyliśmy wspólnym zdjęciem.
Zafundowalismy sobie objazd meleksem z przewodnikiem dlatego tak dużo zobaczyliśmy, łącznie z najstarszą chatą. Wkrótce będzie doprowadzona do stanu używalności i ma być jeszcze jedną atrakcją miasteczka.

A teraz co należałoby poprawić w Kazimierzu. Władze miasta mogłyby się postarać aby przystanek autobusowy wyczyścić, pomalować i aby w pobliżu znalazła sie przenośna toaleta. Nie udawajmy, że nie ma problemu. Autobus do Warszawy jedzie ponad dwie i pół godziny. Natomiast skorzystanie z toalety, której nikt nie sprząta, w lodziarni kosztuje aż 5złotych, jeśli niczego się nie zamawia (lody, kawa, soki) to nawet więcej niż w stolicy. Na Dworcu Centralnym kosztuje 3,5 złotego ale przynajmniej jest czysto.
I tą nieco przyziemną ale jakże ludzką potrzebą żegnam sie z Wami drodzy czytelnicy do następnego artykułu (będzie o Sandomierzu).