Autor szablonu: ArianadlaWioski Szablonów | Flower design by BiZkettE1 / Freepik

niedziela, 14 lipca 2019

2019 czerwiec: wakacje i rekonwalescencja w Izabelinie







x

Z Izabelinem jestem związana od 51 lat. Przyszłam tu do pracy w 1968 roku jako młodziutka, świeżo upieczona nauczycielka. W tym czasie trudno było pomieścić wszystkich uczniów w starym, drewnianym trzyklasowym baraku plus pokój nauczycielski i w czterech pomieszczeniach w murowanym budynku, od kilku lat przebudowanym na Dom Nauczyciela. Mnie jako młodą, oddelegowano z III klasą do Remizy Strażackiej, gdzie były iście spartańskie warunki. Przy jednej ze ścian stała "koza" czyli żelazny piecyk węglowy. Gdy przychodziłam do pracy często już się w nim palił węgiel ale w międzyczasie to ja podkładałam do pieca. Niekiedy zdarzało się, że zaczynałam dzień od rozniecenia ognia. Sala była duża i praktycznie nieco cieplej było tylko w pobliżu pieca. W czasie każdej lekcji robiłam dzieciom małą przerwę na ćwiczenia gimnastyczne abyśmy wszyscy mogli się rozgrzać. Po powrocie do domu potrzebowałam wielu godzin aby cały ten chłód "wyszedł" ze mnie. Izabelin w tych latach był takim niechcianym dzieckiem, niby blisko Warszawy, ale tak naprawdę daleko, z autobusem jeżdżącym po „kocich łbach” tylko dwa razy dziennie.

Chcę napisać o życzliwości wielu, wielu ludzi mieszkających w Izabelinie. O rodzicach, uczniach wciąż pamietających a przy okazji przypominających różne fajne i miłe zdarzenia: np. mama jednego z uczniów zadzwoniła dziękując mi, że zaufałam jej synowi i dałam mu promocje do następnej klasy. Niestety Krzysio nie żyje. A ta kobieta pomimo wieloletniego bólu po stracie syna znalazła w sobie tyle siły aby powiedzieć mi dobre, miłe słowa przez telefon jak dowiedziała się, że jestem w Izabelinie. Niestety nie zdążyłam spotkać się z Nią.

Inna z kolei matka przypomniała mi jak pocieszyłam ją, że nie wszyscy muszą być inżynierami – wystarczy, że jej syn będzie porządnym mechanikiem i dobrym człowiekiem.  W owym czasie martwiła się, że syn ma słabe oceny, że nie przykłada się do nauki. I rzeczywiście wyrósł na porządnego obywatela. Część uczniów przypomina chodzenie z nimi do stomatologa. Można by tak pisać w nieskończoność.  Ja sama wielu tym rozmów nie pamiętam ale to bardzo miłe, ze inni pamiętają, że dobra energia krąży w Izabelinie, że dzieje się dużo dobrego.
A kto z uczniów pamięta naszą wspólną wycieczkę do Gdańska?
Bardzo proszę niechaj cos napisze, odezwie się na facebook.
W Izabelinie w szkole przepracowałam 22 lata ucząc młodsze klasy.
A to prawie 1/3 mojego życia!

Od 29 lat nie mieszkam już w Polsce ale każdego roku odwiedzam Izabelin, który wciąż jest mi bliski i swojski bo mieszka tu moja córka ze swoją rodziną, bo mieszka tu dużo moich przyjaciół, znajomych, sąsiadów, bo tu zostawiłam cząstkę siebie, bo tu są dobre klimaty, bo tu jest dobra energia, bo tu dużo dobrego się dzieje.
Warto to szanować i być dumnym z tego co mamy. Może warto zakrzątnąć się nie tylko na własnej posesji ale także na tym niewielkim kawałku ziemi między własnym płotem a drogą i schylić się czasem aby podnieść rzuconą puszkę, butelek czy papier przywiany przez wiatr albo wyrwać wielki chwast tak, żeby nam wszystkim było przyjemnie spacerować po okolicy.

Nasz pierwotny plan w tym roku na czerwiec był taki aby pobyć w Izabelinie krótko z rodziną a resztę czasu spędzić na dłuższych i krótszych wypadach w Polskę i do Warszawy.  W planie był nawet wyjazd z przyjaciółmi do zamku Książ blisko Wałbrzycha.
Sytuacja zmieniła się diametralnie po mojej operacji i wcześniejszym powrocie do Izabelina.
Tak więc córka wypożyczyła mi specjalne łóżko lekarskie i już 6 dnia po nagłej operacji w Sztokholmie, zjawiliśmy się w Izabelinie. Pomimo letnich upałów, czas w cieniu drzew, z rodziną i fantastycznym psem Bobbiem upływał w miłej sielankowej atmosferze.
Nawet groźna burza nie zakłóciła nam nocnego spokoju. Oprócz wypoczynku i popołudniowej sjesty byliśmy bardzo zajęci.

Zaraz na samym początku pobytu córka zabrała nas na otwarcie Wernisażu "Zatrzymać Czas" do Centrum Edukacyjnego Kampinoskiego Parku Narodowego. Wystawa poplenerowa jest otwarta do końca wakacji, wpadnijcie tam koniecznie.  Jest to bardzo ciekawa, nietuzinkowa wystawa, która zabiera nas w podróż do przeszłości, w świat taboru kolejowego i w świat przyrody. Składa się z prac malarskich, rzeźby i fotografii wspaniałych artystów z całej Polski. Bardzo interesujące prace wykonane w różnych kolorach ziemi a wiec 100% ekologii.
Spotkałam tu wiele znajomych mi ludzi, z którymi miło nam się gawędziło. 


Za kilka dni były występy taneczne wnuczki Meli z jej zespołem i wielu innych grup tanecznych. Po prostu 4-dniowy maraton. W piątek w Warszawie, w sobotę 15 czerwca w Izabelinie w Centrum Kultury Koncert Charytatywny (zbierający środki na projekt taneczny dla osób na wózkach) dostarczyły mi niezapomnianych wrażeń. Obejrzeliśmy wiele interesujących tańców, w tym kubański taniec Casino czy też przepiękny walc. Bardzo głębokie emocjonalne przeżycie. Następny dzień to słodkie występy starszych i młodszych dzieci w Domu Kultury w Babicach.

Tydzień później, w Domu Kultury w Łomiankach znowu występy taneczne na świeżym powietrzu w promieniach słońca. Wiek aktorów od 3 aż po 75lat. Tu także występowała moja wnuczka Mel, tam razem w tańcu jazzowym.  Fantastyczny był występ seniorek przyodzianych w różnobarwne, piękne toalety z dawnych lat tańczących przy melodiach starej Warszawy.

Za kilka dni natomiast, znowu występy -  uczniów ze szkoły mojej wnuczki Meli na zakończenie roku szkolnego. A potem wspólny rodzinny obiad we włoskiej restauracji.
Przed podróżą w ostatni czwartek wizyta na farmie Kobra Park w Bożęcinie. Serce i oko raduje się patrząc na zadbane, szczęśliwe konie pana Ryszarda i Oli. Jaka piękna jest ich posiadłość!
Ach, jeszcze było mnóstwo pikników - w Sierakowie z grochówką,  w Izabelinie z kiełbaskami, przejażdżki konne dla maluszków, przy których asystowała Florencja i różne inne atrakcje. A przy okazji wiele przypadkowych i przesympatycznych spotkań z rodzicami i wychowankami.
Potem wizyta w Stajni Sawanka w Truskawiu i podziwianie jazdy starszej wnuczki.
Byliśmy jeszcze na pięknych bulwarach warszawskich z młodszą wnuczką Melą a innym razem już sami na Starym 
Mieście bo jak to "być tak blisko i nie zobaczyć Starego Miasta". Smaczny lunch w Zapiecku a potem jeszcze wielkie gofry i małe ale ważne zakupy w Merkurym.
W międzyczasie odwiedziny znajomych, przyjaciół i prezenty, prezenty, piękne kwiaty po długim, bardzo długim nie widzeniu się. To były bardzo sympatyczne odwiedziny. Dziękuję Ci Jurku. I  jak tu nie zdrowieć szybko w tak miłej, pełnej serdeczności atmosferze.
Jeszcze raz dziękuję całej rodzinie za opiekę, Dirkowi za podwożenie nas tu i tam a wszystkim Izabelińczykom za pogodną, serdeczną, przyjacielską i niepowtarzalną atmosferę.
Specjalne podziękowanie dla mojej internetowej znajomej Ninie Pawlaczyk za tomiki jej własnej twórczości poetyckiej i Janeczce Rajkowskiej za arcydzieło (suknia dla mnie wykonana na szydełku i korale z wełny) tym milsze, ze ogóle nieoczekiwane - totalna niespodzianka! Dziękuję Florci za piękny
naszyjnik i Dorotce za wdzianko. Iwonce za długi spacer, Eli za czekoladki, koraliki i książkę. Tyle w niej ciekawych informacji! Ninie za mila pogawędkę, wisiorek i pyszna szarlotkę.  Grażynce za wizytę i ciasto marchewkowe.  Stasi za długą rozmowę w kawiarence. Krysi i Heniowi  za odwiedziny w naszym domu i prezenty. dziękuję także Hani Kozbuz, Eli Wadolkowskiej, Krysi Krawczyk z Łomianek,  Hani Szymborskiej z Różana, Hani Marciniak, Wiesi, moim  siostrom Teresce, Halince i Waci, Danusi i Zbyszkowi za długie rozmowy telefoniczne. Nie starczyło już czasu na spotkania. Innym razem.
Dziękuję Ewie i całej jej  rodzince za miła niedzielę z obiadem. Fajnie było poznać Kasię i pierwszy raz zobaczyć maleńką Arletke.
Pomimo, ze częściowo urlop wypadł z konieczności 
w Izabelinie to nie żałuję  czasu tam spędzonego i na długo pozostanie w mojej pamięci i w sercu. Zabrałam do Kanady bardzo wzruszające, ciepłe i jak najmilsze 
wspomnienia. 




poniedziałek, 20 maja 2019

Joshua Tree National Park


 
Jest to jeden z moich ulubionych parków, na dodatek położony w niedużej odległości od naszego zimowego miejsca zamieszkania.

Największą atrakcją parku są oczywiście drzewa Joshua Tree czyli drzewo Jozuego (Yucca Brevifolla). Tak nazwali te drzewa Mormoni, którzy przybyli na pustynię Mojave w XIX wieku. 
Drzewa Joshua Tree mają kształtem przypominać modlącego się człowieka.

 


Właściwie to nie jest drzewo tylko bylina bo nie ma pierścieni wzrostu tak charakterystycznych dla określenia wieku drzewa. Pień i duże gałęzie wyglądają jakby zupelnie uschły jednak na końcówkach gałęzi znajduje się taka jakby mała zielona miotełka z igiełek.



Wjeżdzając do parku dostajemy mapę jak poruszać się po tym olbrzymim terenie. Park zajmuje przeogromny obszar ponad 3200 kilometrów kwadratowych. Są wytyczone scieżki, ktorymi można wejść w ten czy inny zaułek, przejść spory odcinek drogi w zależności od kondycji. Jest wiele wygodnych scieżek gdzie można wprowadzic wózek inwalidzki. Są też miejsca na posiłek ze stołami i ławeczkami, jest WC.

Dodatkową atrakcją parku są przepiękne, przeróżnie uformowane głazy. 

 

Można też zauważyć pozostałości starych tam, gdzie poszukiwacze złota przesiewali tu piasek w poszukiwaniu cennego kruszcu.

Żyje tu dużo gadów i innych zwierząt, które dostosowały się do małej ilości wody i wysokiej temperatury w lecie.

Wiosną trzeba uwazać czego dotyka się albo gdzie stawia się stopy aby nie spotkać się z wężami, które już wyspały się w czasie zimy i teraz chcą nacieszyć się słońcem i zregenerować swoje siły.

W parku można przenocować na campingu jednak nocleg należy wcześniej zglosić w zarządzie parku. Z pewnością będzie to niezapomniane przeżycie, spedzić noc na podziwianiu rozgwieżdzonego nieba i wsluchując się w ciszę nocy.

Ten park jest jedyny w swoim rodzaju. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Kalifornii.
Spędzilliśmy tu już 7 zim a dopiero w tym roku pierwszy raz zobaczyliśmy kwitnące drzewa Joshua. Tak więc przyroda zawsze oferuje nam coś nowego. Pierwsze drzewa zakwitły już w listopadzie ostatniego roku. W lutym i marcu kwitły prawie wszystkie.

Sami zobaczcie jakie mają piękne, wielgachne kiście.


Mówi się że jest to drzewo życia bo karmi wiele zwierząt tam żyjących. Kremowo-białe kiście jedzą wiewiórki, ptaki, sarny, antylopy. Nawet umarły pień jest schronieniem dla jaszczurek, mrówek czy skorpionów. Bardzo ciekawe są korzenie drzew, które sięgają głeboko, do 11 metrów w głąb ziemi. Natomiast same drzewa mogą osiągnąć nawet 15 metrów.

Osadnicy i żyjący to wczesniej tubylcy robili z tego drzewa koszyki, sandały i maty.


Jedno drzewo Joshua rośnie na naszym osiedlu, sąsiad sobie posadził przed domem i o dziwo pięknie wyrosło.

















W południowej części parku rośnie jeden rodzaj kaktusów Cholla. Całe wielkie połacie kaktusów! 
Mają bardzo gęsto osadzone ostre igły, więc lepiej nie zapuszczać się w gląb ani nie zbaczać ze ścieżki.


Jak to się dzieje że pomimo bardzo gorącego lata rośnie tu tak dużo kaktusów?

Otóż w tej części parku pod ziemią znajduje się skorupa skalna, która zatrzymuje wodę przez kilka dni po opadach i wtedy kaktusy zdążą zrobić sobie zapas na resztę suchych miesięcy.

wtorek, 7 maja 2019

Wiosna! Wiosna pełna radości i nadziei.

Wiosna! A my zajęci jak zwykle.

 

Przepiękne magnolie już przekwitają, ale za to cała gama innych kolorowych kwiatów pyszni się w ogrodach nadając im niezapomniany nastrój.

 
Dużo naszych przyjaciół, znajomych zaprasza nas teraz na party w ogrodzie. Nie widzieliśmy się przez calą zimę to chcemy pogadać o tym i owym. Ludziska napracowali s w ogródkach więc jest okazja aby pochwalić się pięknem i pogwarzyć wśród rozkwitłych kwiatów.


 
Bez i rododendron lub inaczej różanecznik rozsiewa wokół cudowny zapach. Wszędzie tulipany, azalie, pachnąca lawenda i tysiące innych kwiatów, trudnych do zapamiętania. Geranium czyli pelargonie czerwienią się wokół płotu. Kamelia to prawdziwa dama w doniczce ale dość kapryśna.



Zieloną trawę pokrywają kolorowe płatki opadające z ozdobnych czereśniowych drzew. W Brytyjskiej Kolumbii jest ich bardzo dużo, prawie przy każdej ulicy. Aż chce się żyć i być jak najdłużej na powietrzu. Słoneczne dni zapraszają na dalekie spacery. Nawet ptaki śpiewają swoje trele głośniej niż zwykle. Te piękne zdjęcia kwiatów zostały wykonane w ogrodach naszych znajomych. Tylko niektóre zdjęcia są z naszego poletka.



W sobotę byliśmy w węgierskim klubie na tańcach i przy okazji wygraliśmy bananowe drzewo. Przytaszczyliśmy do domu, przesadziliśmy do większej donicy, wystawiliśmy na zewnątrz i teraz czekamy na owoce bananowe. Ha, ha, ha – żartuję oczywiście.

poniedziałek, 11 marca 2019

Cruise wokół Meksykańskiej Riwiery czyli półwysep Baja i morze Corteza

"Mexicana, mexicana
To jest rumba, to taniec bez słów..."


Zapewne moje pokolenie pamięta tę piosenkę, którą spiewała Natasza Zylska.


Tym razem podzielę swoje opowiadanie na 2 części.


Pierwsza dotyczy rozrywkowego programu, który był ciekawy i interesujący w okresie naszego 10 dniowego pobytu na statku.


W telegraficznym skrócie
3 baseny na 15-tym piętrze do naszej dyspozycji, przy basenach na olbrzymim ekranie program rozrywkowy a wieczorem wyświetlane filmy. 
Na 16 tym piętrze duże przeszklone pomieszczenie do ćwiczeń z wszelkimi urządzeniami. Na tym samym pokładzie SPA.
Na 18-tym pokładzie dyskoteka każdego wieczoru. 
Oprócz tego na rożnych piętrach liczne bary z muzyką i tańcami. 


Część szóstego piętra, na srodku statku, jest połączona z siódmym i przeznaczona na teatr w ktorym odbywały się różne występy. Do tego 2 kasyna.
W kilku olbrzymich salach można było zjeść eleganckie sniadanie lub kolację serwowane przez kelnerów, a jeśli ktoś wolał nie czekać na obsługę, mogł wybrać sobie coś z bufetu, który był otwarty prawie przez cały dzień
Opcz tego hamburgery, frytki, parówki, kawa, lody dostępne o każdej porze. Na szczęście nie wszyscy wybierają się na cruise tylko po to aby jeść

Każdego dnia dopływaliśmy do innego portu w Meksyku i kto chciał schodził na ląd na caly dzień albo kupował dalszą wycieczkę aby zobaczyć wieloryby albo poywać z delfinami. My zwiedzilmy Cabo San Lucas, La Paz, Loreto i Puerto Vallarta, gdzie jest dom Elizabeth Taylor zakupiony dla niej w prezencie przez Richarda Burtona. Teraz znajduje się tam muzeum.

Princess „Ruby” kursuje po wodach od 2008 roku, a więc jest to w miarę nowy statek. W ogole linia Princess należy do jednej z bardziej popularych i obsługuje pasażerów od 1965 roku.




A teraz druga część opowiadania.

Chcę się skupić na organizacji całej imprezy i ludziach tam pracujących. 
Na każdym statku, a więc i na naszym zatrudnieni są ludzie niemalże z całego świata, a więc z Włoch, Austrii, Afryki Poludniowej, Rumuni, Serbii, Chorwacji, Filipin, Meksyku, Tajlanii, Chin, Indii i wielu innych z którymi nie miałam możliwości rozmawiać.

Kapitanem statku, a własciwie comandorem (wyższa funkcja niz kapitan) był Włoch Giorgio Pometa.

Każdy z pracowników ma przypiętą metalową wizytówkę z imieniem, nazwiskiem i krajem pochodzenia. Podobno pracował tam również Polak i jego meksykańka żona ale nie zdażyłam ich spotkać.

Większość zatrudnionych osób pracuje po 11 godzin na dobę przez około 7 miesięcy. Potem mają wolne 2 lub 3 miesiące i jadą do swoich domów. Po czym znowu wracają na statek.

Wykupując nasze wakacje obawialiśmy się dużych kolejek do windy (statek ma 18 pięter (my mieszkaliśmy na ósmym), na kolację, do wyjścia na miasto, do czekania na małe łodzie (tender) itd. To w końcu aż 3 tysiące pasazerów. Wyobraźcie sobie że 1/3 mieszkańców naszej gminy mieszka przez 10 dni na tym samym statku.







Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż na taki rejs mogą wybrać się ludzie

na wózkach inwalidzkich.

Jest statku jest wspaniała pomoc i opieka lekarska. Bagaże zabierane są spod drzwi kabiny i odbiera się je po wyjsciu ze statku. Tak więc żona lub mąż może zabrać swoją połówkę i wciąż mogą dobrze spędzic czas młode lata i podroże. Pokoje są zróżnicowane w metrażu i cenie. Można wykupić kabinę bez okna na dolnych pokładach lub pokój z balkonem na wyższym piętrze. Każdemu według potrzeb lub zasobności portfela.







W czasie dnia, kiedy statek stoi w porcie, pracownicy wykonują różne prace jak np. malowanie zewnętrznych scian statku, mycie okien itd.

Wewnątrz caly statek jest porządnie sprzątany codziennie.



W niektórych portach statek nie może dopłynąć do samego brzegu ponieważ jest za płytko, stoi wówczas w pewnej odległości od brzegu, a pasażerowie przewożeni są na brzeg małymi łodziami zwanymi tender


Płynąc taką łodzią udało nam się zobaczyć i sfotografować fokę, która doczepiła się do łodzi rybackiej bo wie, że za chwilę dostanie świeżą rybkę.




Po całodniowym zwiedzaniu, przed wejściem na statek przygotowane są mokre, małe ręczniki aby każdy mogł wytrzeć ręce z pierwszego brudu. Nastepnie sprawdzane są imienne karty i już można wejść z powrotem na statek i odpoczywać.

Każdego wieczoru do pokoju przynoszony jest obszerny program na dzień następny plus dwie czekoladki na dobranoc. Pokój jest sprzątany codziennie a łazienka dwa razy w ciągu dnia. Pościel zmieniana jest co 3 dzień.

Następna uwaga. 
Compania nie marnuje ani jednego dnia na przestoje. Tego samego dnia, którego Princess „Ruby” przywiózł nas z powrotem do Los Angeles, a my po śniadaniu opuścilismy statek, już po 10 rano zaczęto odprawę nowych pasażerów. O 16-tej zaś statek odpłynie znowu z taką samą liczbą podróżnych. W ciągu tych kilku godzin zostanie posprzątanych 1500 kabin, załadują produkty spożywcze na nastepne 10 dni oraz wiele innych artykułów o których nawet nie mam pojęcia.

Był to nasz pierwszy cruise wzdłuż wybrzeża meksykańskiej riwiery.

Było cudownie i czas tam spędzony pozostanie na dlugo w naszych sercach i pamięci.

niedziela, 17 lutego 2019

2019 urodzinowa impreza



W ostatnią sobotę urządziliśmy piękną imprezę urodzinową dla mojego męża. Świętowaliśmy nie tylko 80 rocznicę urodzin mojego męża ale także urodziny ośmiu innych lutowych jubilatów trochę młodszych, włącznie z najmłodsza 17-letnią sąsiadką. W imprezie uczestniczyło 17 osób. 

Było dobre jedzenie, część przygotowana przeze mnie a resztę  przynieśli zaproszeni goście ponieważ było to „potluck party” czyli mówiąc po polsku impreza składkowa. Dość często praktykowana forma przyjęć tutaj u nas. Każdy z zaproszonych gości przed imprezą porozumiewa się z organizatorami jaka potrawę ma przynieść. Tym sposobem domownicy są częściowo odciążeni.


Salon był pięknie udekorowany balonami i serpentynami. 
I tu nalezą się duże brawa  i podziękowanie mojemu synowi Arturowi, który specjalnie przyleciał z Toronto na tę uroczystość. Poświęcił mnóstwo czasu na dekoracje i w ogóle przygotowanie domu na imprezę jak również na skomponowanie fotoksiążki na prezent. 

Musującym winem potocznie zwanym szampanem  wzniesiono toast za wszystkich jubilatów.
Dobra muzyka, tańce i rozmowy do późnej nocy umilały czas. 
Punktem kulminacyjnym było polskie  „sto lat” i  dwa torty. Tort  Palvova zrobiony przez mnie i tort „Blackforest” kupiony w niemieckiej cukierni.

Odnośnie historii tortu Pavlova, który jest chyba najsłynniejszym tortem świata to zdania są podzielone skąd taka nazwa. Jedno jest pewne ze pochodzi od imienia rosyjskiej primabaleriny Anny Pavlovej, która będąc na gościnnych występach w Perth (Australia) poprosiła o coś lekkiego i wtedy kucharz z hotelu Esplanade zachwycony jej występem przygotował taki oto deser dla niej. 
Tort  zachwyca swa lekkością i smakiem.  Jest piękną ozdoba stołu. 

Do autorstwa tego tortu roszczą sobie pretensje także Nowozelandczycy. Do dzisiaj nie ustalono, w którym kraju zrodził się przepis ale to chyba nie ma większego znaczenia skoro ma niebiański smak i wspaniały wygląd.