Autor szablonu: ArianadlaWioski Szablonów | Flower design by BiZkettE1 / Freepik

sobota, 23 listopada 2019

Goście z Szanghaju.


Ta historia jest jak z baśni ale to nie baśń lecz szczera, w 100% prawdziwa opowieść.
Miesiąc temu, w niedzielę, mieliśmy niecodzienną wizytę w domu - odwiedzili nas młodzi ludzie z Szanghaju.
A wszystko zaczęło się to z 15 lat temu. 
Nasi sąsiedzi z Nanaimo, Sally i Toni adoptowali małego Chińczyka. 
Nie w sensie oficjalnych urzędowych papierów ale psychicznie (sami mają 4 dorosłych synów).

Dawno temu, oglądając w TV program z domu dziecka w Chinach, uwaga Sally i Toniego skupiła się na jednym chłopcu. Zadali sobie wiele trudu, aby odszukać właśnie tego chłopca. Zaopiekowali się nim w ten sposób, że wysyłali mu ubrania, i pieniądze na szkołę. 
Taka pomoc trwała kilka dobrych lat. 

Gdy Shejian stał się pełnoletni, zaprosili go na okres świąt Bożego Narodzenia, do siebie do domu w Nanaimo. W ten sposób poznali się lepiej. Od tamtej pory on odwiedza ich regularnie raz na rok. A oprócz tego bardzo często dzwoni do nich przez Skype. W ubiegłym roku, kiedy Sally miała operację biodra, Shejian przyjechał na cały miesiąc (pomimo, że kilka miesięcy wcześniej poślubił sympatyczną Chinkę) aby pomóc Toniemu w opiece nad Sally po jej powrocie ze szpitala. Sally i Toni są już po osiemdziesiątce. Shejian przygotowywał im posiłki i urozmaicał czas spędzany w domu. 
W naszym osiedlu mieszka para Chińczyków: Mary i Charlie. 
Oni nie znają angielskiego. Jakaż była radość jak powiedziałam Shejian aby skontaktował się z nimi, to będzie mógł sobie porozmawiać w Mandarin i nieco urozmaicić pobyt. 

Po kilku dniach umówiliśmy się że razem ze Shejian przygotujemy kolację. 
Przy okazji Mary nauczyła mnie jak zrobić chiński deser, który bardzo smakował mi w Chinach.



Shejian jest sympatycznym i bardzo dobrze wychowanym młodzieńcem, a Sally mówi, że jest nawet lepszy dla nich niż ich własne dzieci pomimo, że mają bardzo częsty i dobry kontakt z dziećmi. 

Shejian ma teraz 29 lat i własną rodzinę. Ponad rok temu zawarł związek małżeński z pełną uroku Mao-ma, która wychowała się w Chinach blisko granicy tybetańskiej w prowincji Qirtar. W bieżącym roku przyjechał z nią do Kanady. Dla niej to była bardzo długa i nietuzinkowa podróż, ponieważ pierwszy raz w życiu wyjechała za granicę i od razu tak daleko.

Teraz oboje mieszkają i pracują w Szanghaju gdzie wynajmują jeden pokój w wielopokojowym apartamencie. My przyjaźnimy się z Sally i Tonim więc automatycznie zapoznaliśmy się z tym młodym człowiekiem już z zeszłym roku. W październiku tego roku mieliśmy okazję poznać jego sympatyczną żonę Mao-ma.

Tej jesieni byli znacznie krócej w Nanaimo, ponieważ nie mogli pozwolić sobie na długi urlop.

Sally i Toni urodzili się i wychowali w Anglii. Ojciec Sally zginął w czasie wojny. Jej matka wyszła drugi raz za mąż za polaka, stad Sally umie sporo słów po polsku. Nim na stale przyjechali do Kanady, wcześniej pracowali przez ponad dwa lata z Zambii. Tam też urodziło się im dwóch synów.

Toni ma teraz 86 lat ale wciąż pracuje przez jeden tydzień w miesiącu. Nie musi tego robić ale chce, widocznie daje mu to dużo satysfakcji. Oprócz tego zajmuje się fotografią. Sally maluje piękne obrazy. Czasami odwiedzają nas albo my chodzimy z wizytą do nich.

sobota, 19 października 2019

Moje najtrudniejsze zmaganie w życiu, czyli lepiej późno niż wcale.


Tego artykułu nie powinni czytać kierowcy z dużym stażem! Cha, cha – zabraniam!
Artykuł jest przeznaczony dla tych co się wahają czy wyrabiać prawo jazdy.


W latach 30 mojego życia uczestniczyłam w wypadku samochodowym (prowadził ktoś inny). Pozostał mi taki uraz, że nawet nie chciałam słyszeć o zrobieniu prawa jazdy. Tak upłynęło kilka dobrych lat. Nie chodziłam do żadnych terapeutów, po prostu "olałam" ten temat. W końcu nie wszyscy muszą mieć prawo jazdy.

Upłynęło kolejnych "kilka" lat, aż tu nagle w wieku lat 66, babcia Zosia wpadła na pomysł.
Może jednak warto spróbować?
Mój mąż wspierał mnie w tym temacie, więc decyzja mogła być tylko jedna.

W Kanadzie ktoś, kto chce zrobić prawo jazdy ma wybór:
1) zapisać się na kurs
2) nauczyć się samemu

Jeśli wybieramy drugą opcję dostajemy bezpłatną książeczkę ze znakami i przepisami.
Po przestudiowaniu zdaje się teorię. 80% pozytywnych odpowiedzi i egzamin zdany.
Dostaje się literkę "L" którą przykleja się z tyłu samochodu i już można jeździć, ale tylko z kimś kto ma już prawo jazdy od dłuższego czasu. Nie wolno jeździć samemu, w nocy i po autostradach.
Większość ludzi bierze lekcje z praktyki u instruktora jazdy. Godzinna jazdy kosztuje $50.
Jeśli czujemy się na siłach aby zdawać egzamin praktyczny to wówczas umawiamy się na egzamin, który kosztuje $75 ale dla seniorów jest bezpłatny.
Teoretyczny egzamin zdałam za drugim razem, no ale znać teorię to wcale nie znaczy umieć jeździć.
Wzięłam chyba z 15 lekcji jazdy u instruktora.

Poszłam na egzamin no i oczywiście oblałam ale coś się tam nauczyłam, zapamiętałam błędy jakie zrobiłam. Specjalnie nie przejęłam się, bo nie spodziewałam się, że zdam za pierwszym razem. W końcu nawet kierowcy z prawem jazdy z innego kraju oblewają za pierwszym razem.

Znowu zaczęłam jeździć z instruktorem, a czasem też z mężem. Najwięcej ćwiczyłam parkowanie na pustym parkingu w weekend albo parkowanie za innym samochodem czyli (równoległe) bo to jest najtrudniejsze.

W końcu umówiłam się na drugi egzamin praktyczny.
Na samym początku egzaminator polecił zaparkować za innym samochodem. Zrobiłam to poprawnie, potem jechałam autostradą po czym skręciliśmy w mniej uczęszczaną drogę i otrzymałam polecenie zaparkowania przy krawężniku.
Moja uwaga była skupiona na tym aby zaparkować nie więcej niż 30 cm od chodnika. Zrobiłam to dobrze, popełniając jeden błąd: zapomniałam obejrzeć się przez ramię czy aby w niewidocznym punkcie nie jedzie np. rowerzysta. Ten egzaminator chyba bardzo chciał żebym zdała bo aż 3 razy dał mi sygnał zaparkowania przy krawężniku. Oczywiście ani razu nie obejrzałam się przez ramię, czyli znowu oblałam. Wróciwszy do biura, ten sympatyczny starszy pan wytłumaczył mi co zrobiłam nieprawidłowo i powiedział "musisz jeździć dotąd aż wyrobi Ci się nawyk". Wiedzieć to za mało.

Była już jesień więc znowu "odpuściłam" sobie to prawo jazdy i wyjechaliśmy na zimę do Kalifornii.
Kiedy wróciliśmy wiosną do Nanaimo przekonałam męża że nie warto wydawać pieniądze na jazdę z instruktorem. Pojeżdżę z mężem i spróbuję jeszcze raz. W końcu do trzech razy sztuka.

Któregoś dnia wróciwszy do domu zobaczyłam w drzwiach wizytówkę mojego instruktora "Sophia, call me." Myślę sobie, co on może ode mnie chcieć?
Może chce żebym popilnowała mu dzieci? Następnego dnia dzwonię a on mi mówi, że będzie mnie uczył jazdy bezpłatnie, tak długo aż zdam. Zaniemówiłam!
Pytam się „Dlaczego to robisz Damian? Ty masz troje dzieci, potrzebujesz pieniędzy, tym bardziej że Twoja żona nie pracuje bo opiekuje się dziećmi”.
On zaś "Bo jesteś już blisko końca, aby zdać egzamin."
Mąż też mnie zachęcał żebym się nie poddawała.


Z instruktorem wyjeździłam jeszcze 8 godzin i poszłam na egzamin.
Przed egzaminem powiedziałam do męża, że jak tym razem nie zdam to odpuszczam bo kosztuje mnie to za dużo nerwów: jedź z przepisową szybkością (a w Nanaimo jeździ się albo z górki albo pod gorę), obejrzyj się przez ramię przy zmianie linii jednocześnie trzymając kierownicę prosto aby nie zboczyć ze swojej linii, nie przegap znaku stop, wiedz która droga ma pierwszeństwo przejazdu, kiedy można skręcić w lewo, zwolnij do 30 km na godzinę w terenie szkolnym.
Sporo tego jak dla babci na pierwszy raz - prawda?

Tym razem wzięłam nasz samochód, poprzednio próbowałam zdawać jeżdżąc małym samochodem mojego instruktora. Egzaminatorką była kobieta. Od samego początku rozmawiała ze mną i chyba dzięki temu wyluzowałam się i egzamin praktyczny zdałam!

Zdałam egzamin z prawa jazdy!
W wieku 67lat!

Przez pierwszy rok jazdy wcale to do mnie nie docierało, szczególnie jak trzeba było jechać 80 lub 90 km na godzinę. Teraz jestem wdzięczna zarówno mężowi jak i instruktorowi, że zdobył się na tak miły gest. Oczywiście po egzaminie zrewanżowałam mu się za dobre serce.

Teraz nie mam takiego lęku jak na początku i jestem wdzięczna że los potrakował mnie pozytywnie w tym względzie.
Fantastyczna jest możliwość wyjazdu do sklepu spożywczego, lekarza czy na spotkanie z koleżankami.

Tak więc, jeśli ktoś z Was waha się, główkuje czy warto jeszcze robić prawo jazdy, odpowiadam że WARTO!

I jeszcze odnośnie próbowania: przyjrzyjmy się dzieciom ile razy próbują zrobić tę samą czynność wcale nie zrażając się niepowodzeniem.

niedziela, 22 września 2019

Ile kosztuje przejeżdzka na wielbłądzie?

W Egipcie przejażdżka na wielbłądzie nic nie kosztuje, zapłacić trzeba tylko za zejście z tego dużego zwierzęcia... 

Ach, jak ten czas płynie! Właśnie w tym roku minęło równe 10 lat kiedy moje oczy ujrzały egipską ziemię.

Mój pierwszy wyjazd był w lutym tylko nad Morze Czerwone do Hurghady. 
Miałam dobry czas z córką i wnuczkami. Pogoda dopisywała i było słodkie lenistwo.

Drugi wyjazd zapowiadał się inaczej bo była to wyprawa po całym Egipcie.
W maju 2010 roku schodzimy do lądowania w Kairo, a pod nami morze świateł. Pomimo, że jest prawie 4 rano, czeka na nas przedstawiciel biura podroży z którego zamówiliśmy wycieczkę (lokalne biuro podróży). Długo wiezie nas do hotelu Barcelo. Podziwiamy ciemny granat nieba usianego milionami gwiazd.
Pierwszy dzień spędzamy na odpoczynku i plażowaniu.
Drugiego dnia zwiedzamy Kair z przewodnikiem. Stolica Egiptu jest jednym z największych miast na świecie. To miasto nigdy nie śpi, a ruch uliczny kieruje się swoimi nieznanymi dla Europejczyka zasadami. Ludzie przechodzą przez jezdnię we wszystkich miejscach pomiędzy samochodami. Kierowcy nieustannie używają klaksonów. Na balkonach wiszą sznury upranej bielizny. Ulice są brudne i zaśmiecone. Jest dużo hałasu i wszędzie pełno ludzi. Sa lepsze i gorsze dzielnice tak jak w każdym mieście.
Po bardzo urozmaiconym i smacznym śniadaniu wyruszamy vanem do Gizy aby tu podziwiać jeden z siedmiu cudów świata – piramidy. Najwyższa piramida ma wysokość 150 metrów. Nie robią na mnie aż tak wielkiego wrażenia.

Kiedy jednak pomyślę, że każdy blok waży ponad 50 ton i został tu wniesiony ludzkim rozumem i mięśniami to jestem pełna podziwu! Najnowsze badania wykazały iż pod największą piramidą w Gizie znajdują się głębokie szyby a na głębokości 30 metrów spoczywa 12 tonowy sarkofag i jest tam jeziorko z krystalicznie czystą wodą.

W sumie wybudowano ponad 100 piramid. Przetrwało około 80.
Możemy nawet wejść do wnętrza środkowej. Jest tam pusto, kilka rysunków na ścianach. Wchodząc z duzą ilością turystów pochylasz głowę i plecy i tak schodzisz coraz niżej i niżej. Wokół roznosi się woń potu, jest gorąco, nie ma czym oddychać. Powrotna droga jest jeszcze trudniejsza, bo w takiej samej pozycji wspinamy się do góry. 
Zadowoleni, już na zewnątrz oddychamy świeżym powietrzem, wieje lekki wietrzyk. 
Teraz krótka, bezpłatna przejeżdzka na wielbłądzie… jeno zejście kosztuje.



Mamy czas na zrobienie zdjęć.
Podziwiając Sfinksa i słuchając przewodnika zagapiłam się i źle stanełam, stopa mi się podwinęła. Chwila trwogi, ze skręciłam kostkę i już mam resztę wakacji z głowy. Na szczęście nic poważnego i za chwile znowu mogłam chodzić. Spojrzałam jeszcze raz na Sfinksa i zobaczyłam jak drwi ze mnie bo on tu stoi od wieków i widział niejedno potknięcie.
Sfinks ma 20 metrów wysokości i 80 metrów długości. Jest to największa rzeźba wykonana z jednego kamienia. Jest najbardziej znaną rzeźbą Egiptu. Pomimo tylu badań wciąż jest to wielka zagadka. Od wieków fascynuje wszystkich. Budzi grozę. Najnowsze badania udowadniają że cały korpus ma aż 8 tysięcy lat. Niektórzy twierdzą, że patrząc na niego za każdym razem widzimy coś innego.



Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy Sakkarze - schodkowej piramidzie inaczej nazwanej Dzesera. W grobowcu tej piramidy złożono mumie króla i przykryto 3 tonowym głazem. Piramida ta została wybudowana w trzecim tysiącleciu p. n. e.

Mały lunch i zwiedzamy muzeum w którym jeszcze można było fotografować eksponaty czego nie wolno robić obecnie. Tu w muzeum to dopiero czuje się atmosferę wieków!
Jest tam ponad 150 tysięcy przedmiotów, w tym prawie 2 tysiące z grobowca Tutanchamona, w tym złota maska, oprócz tego królewskie mumie, ozdobne trumny, posągi faraonów i ich żon, egipskie boginie.
To chyba jedyne muzeum na świecie w którym trzeba zapłacić za użycie toalety.

Pod wieczór płyniemy "felutia" podziwiając miasto z łodzi i błękit nieba, rozkoszując się łagodnym kołysaniem lodzi. Dostaliśmy smaczna kawę, lekki powiew wiatru pieścił nasze twarze. Żartom nie było końca.

Naszą 6 osobową grupę odwieziono na stację kolejową. W pociągu dostaliśmy kolacje i udaliśmysię na spoczynek do wagonu sypialnego.
Pociąg wiózł nas przez calą noc na południe, aż do Asuan.
Przed 6 rano staliśmy w oknie pociągu podziwiając wschód słońca i oglądając mijane ubogie wioski egipskie.
Zawieziono nas do przystani w Asuan. Tam zakwaterowaliśmy się na statek, którym pływaliśmy po Nilu przez 4 dni i 4 noce. Jedzenie na staku było egipskie: pita, jogurt, znany w Polsce kebab, odpowiedniki naszych "goląbków" tylko przyrządzone bez mięsa i zawinięte w liście winogron, bób, ryby i kurczaki prawie takie same jak w Polsce, dużo baraniny, którą bardzo lubię. Niektóre potrawy były bardzo pikantne. Na śniadanie bardzo dużo smacznych owoców: rodzynki, daktyle, ananas i wiele, wiele innych, również płatki owsiane, różne słodkie bułeczki, herbata, kawa i soki.
Pokój mieliśmy duży, z rozsuwanymi oszklonymi drzwiami. Leżąc na łóżku mozna było podziwiać rzekę i mijane krajobrazy.
Na najwyższym piętrze naszego statku był duży basen z którego korzystaliśmy w wolnych chwilach.

Dla starożytnych Egipcjan Nil wypływał z "krainy bogów". Nil ma 6.5 tys. km długości. Jest największą rzeką Afryki. To rzeka życia. Dzięki wylewom Nilu, który przynosił żyzny muł rolnictwo było dobrze rozwinięte. Plony były obfite. Nawet były specjalne urządzenia do mierzenia wysokości wody w rzece aby ustalić podatki (nilometer).
W górnym odcinku Nilu są dwa wodospady. Jeden z nich w Asuan.

Po bardzo krótkim odpoczynku kiedy jeszcze nie było piekielnego upału pojechaliśmy obejrzeć nieskończony obelisk, który leży w kamieniołomach. Jest atrakcją dla turystów a zawiedzeniem dla pracujących kiedyś przy nim Egipcjan. Obelisk ma długość 42 metry i waży ponad tysiąc ton. Nie dokończono tego dzieła ponieważ pękł w czasie obróbki.
Po lunchu pojechaliśmy zobaczyć zapory wodne w Asuan. Mniejszą, wybudowaną przez Anglików i większą, zbudowaną przez Egipcjan przy pomocy rosyjskich inżynierów.
Następnego dnia wstaliśmy o 4 rano aby za dodatkowa opłatą zobaczyć następne
nieprawdopodobne cudo. Nasz van ustawił się w szeregu innych pojazdów włącznie z autokarami turystycznymi. Bylo ich razem chyba ze 40. Punktualnie o 5-tej cały konwój wyjechał z Asuan na południe do Świątyni Abu-Simbel oddalonej o około 280 km. Nie wiem czy w każdym turystycznym pojeździe było tak samo jak w naszym. Domyślam się, że tak. Towarzyszył nam zolnież z bronią, bo kilka lat temu był napad na turystów i od tamtej pory wprowadzono większe środki ostrożności. Nasza grupa składa się tylko z 6 turystów: młode małżeństwo ze Sri Lanki w podroży poślubnej, dwie Azjatki i ja z mężem plus kierowca, przewodnik i nasz ochroniarz z bronią. Cały czas jechaliśmy przez pustynię nigdzie się nie zatrzymując. Przez okno oglądaliśmy piaski pustyni, wąską asfaltowa drogę i wstający dzień. Dalej w znacznej odległości od szory wiedzieliśmy plot z kolczastego drutu. Świątynia i wioska położona jest w odległości 40 km od Sudanu. To już prawie ostatni punkt przygraniczny. 



Dlaczego pojechaliśmy tak rano? W maju w ciągu dnia w Egipcie jest bardzo gorąco a więc w południe mała sjesta a wszelkie zwiedzania zwykle przewodnicy organizują z samego rana lub pod wieczór kiedy jest w miarę znośna temperatura.
W Abu-Simbel są dwie swiatynie, większa Ramzesa II i mniejsza jego żony Nefertiti. Wydrążono je w skale nad brzegiem Nilu w Dolnej Nubii w XI wieku p. n. e. za czasów Ramzesa II. Miały pokazywać potęgę Egiptu. Kiedyś były kompletnie zasypane piaskiem. Zostały odkryte w 1813 roku przez podróżnika szwajcarskiego Ludwika Burckharda, a po 4 latach odkopano je z piasków pod przewodnictwem Giovanniego Belzoniego. Kiedy w latach 60 zaczęto budowę Wysokiej Tamy Asuańskiej i utworzono tam sztuczne jezioro Nassera, jego wody rozlały się 300 km na południe w głąb pustyni Nubia. Okazało się ze cały ten projekt zagraża świątyniom.
W związku z taką sytuacją w latach 1964-68 zdecydowano się przenieść świątynie 65 metrów wyżej. Najpierw wykonano sztuczne zbocze skalne, przesklepione kopulami z żelbetonu aby utrzymały całą konstrukcję.
W sumie przeniesiono 24 obiekty ale świątynia Abu-Simbel jest najbardziej znana. Przesiedlono także ponad 100 tysięcy mieszkańców.
Koszt całej operacji wyniósł 36 milonów dolarów. Pracowali tam specjaliści z wielu krajów, również z Polski. Wejścia do świątyni strzegą 4 wysokie na 20 metrów posągi Ramzesa II, największego z faraonów, który dożył sędziwego wieku prawie do 100 lat. Mądrze i długo rządził Egiptem przez ponad 50 lat. Był dobrym przywódcą, dbał o swoich poddanych. Miał około 100 synów i 90 żon. Olbrzymie kolosy rzeźb Ramzesa II zostały wyrzeźbione w jednym kamieniu każda.
Wewnątrz świątyni jest postać boga słońca Amon-Re i Re-Horachte i boga sztuki i rzemiosła Ptahow. Każdy faraon uważał się za syna boga słońca. Słońce to życie.
Każdego roku 19 lutego i 21 października wschodzące Słońce oświetla wizerunki tych bogów.
W egipskim języku nie ma słowa "śmierć, zmarły"
Jeśli ktoś umrze mówią "westing" czyli zachód. Tak jak słońce zaszło za horyzont tak człowiek zgasł. Jutro słońce wstanie i faraon syn boga obudzi się wraz z którymś... tam wschodem słońca... wierzono w to... dlatego prawie cale życie poświęcano na przygotowanie się do śmierci.
Z tego powodu umieszczano posagi zmarłych faraonów tak, aby wschodzący promień słońca oświetlał ich postacie.
Cały ten magiczny świat Egiptu wciąż mnie fascynuje.
Następna sprawa to często następujący faraon zamiast pielęgnować dorobek niszczył ślady po przednim: napisy, rysunki etc. bo ten panujący chciał być najpotężniejszy, najlepiej zapamiętany.
W języku egipskim są 26 litery ale mamy ponad 4 tysiace herogifow. 
Heroglif to pismo rysunkowe. Do końca 18 wieku nie umiano rozczytać hieroglifów.

Następnego dnia popłynęliśmy małą łodzią na wyspę File a właściwie Agilkia aby obejrzeć świątynie Izydy. Jest tam kaplica boskich narodzin Horusa. Na ścianie wizerunek bogini Izydy i syna Horusa przyjmujących dary od Ptolemeusza ojca Kleopatry.
Co ciekawe kult Izydy rozszerzył się na całe cesarstwo rzymskie. Wszystkie kolumny są ozdobione. Często motywami kwiatowymi. Olbrzymia sala hypostylowa, w okresie chrześcijaństwa przebudowana na kaplice.
Przez kilka miesięcy spiętrzone wody Nilu zalewały świątynie z powodu budowy wielkiej tamy. W końcu zdecydowano przenieść obiekt dzięki funduszom z UNESCO na pobliska wyspę Agilkia. Prace trwały 10 lat od 1970 do 1980. Zabytki z wyspy File zostały wpisane w 1979 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na tej wyspie pomimo żaru lejącego się z nieba jest dużo zieleni i kwiatów.
Wierzcie mi, że takiemu laikowi jakim ja jestem w tej dziedzie, trudno opisać cale piękno i atmosferę tych wszystkich świątyń, majestatycznie stojących kolumn, rysunków na nich. Każdy przedstawia coś ważnego z tamtego okresu. Egipcjanie pokazywali świat i ludzi z profilu a tors z przodu. Nie mniej jestem pełna podziwu i nisko chylę czoło przed wiedza jak mieli 5 tysięcy lat temu.





Pod wieczór statek odpłynął do Kom Ombo a potem do Edfu. Świątynia w Edfu jest jedną z najlepiej zachowanych obiektów sakralnych i drugą co do wielkości po Karnaku. Poświęcona bogu Horusa czyli opiekunowi nieba. Jest przedstawiony w postaci sokoła a więc często mógł szybować po niebie. Horus jest jednym z najstarszych i najbardziej znanych bóstw w starożytnej religii Egiptu.
Będąc później w 2014 roku w Paryżu w Luwrze, moje oczy wychwyciły podobiznę Horusa wykonaną ze złota, turkusu i innych drogocenych kamieni. Autor nieznany.



Nie będę się rozwodzić na temat historii tej świątyni bo zajęłoby to mi następne 3 strony.
Tak czy inaczej jest piękna. Każda kolumna została ozdobiona innym motywem. Jest tam także rysunkowa postać Ptolemeusza XII, ojca Kleopatry, najsłynniejszej i ostatniej władczyni Egiptu. Panowała 21 lat. Była nie tylko bardzo piękna ale ambitna i inteligentna. Otrzymała staranne wykształcenie. Mieszkając na dworze miała dostęp do wiedzy, umiała się porozumieć w 7 językach. Sama tworzyła legendę, która wciąż jest żywa wśród nas, pomimo ze większość pamięta ją z zupełnie innej strony.

Połowa następnego dnia upłyneła nam na statku, na opalaniu, rozmowach i podziwianiu brzegów Nilu i małych mniej znanych świątyń. Od czasu do czasu widać było osiołka obładowanego sianem lub patykami, zdążającego wraz z idącym u jego boku właścicielem do własnego gospodarstwa. Niekiedy mijaliśmy małe gospodarstwa a na podwórku kury, kozy i bawiące się dzieci.
Wczesnym rankiem kiedy powietrze było jeszcze rześkie wyruszyliśmy dorożką do świątyni w Luksor. W języku arabskim to "miasto pałaców". A tam nowy zachwyt!
Świątynia ta poświęcona jest tebańskiej triadzie bogów czyli rodzinie Amon, Mut i Chonsu (ojciec, matka i dziecko). Kiedyś stały tu 2 obeliski ale jeden wywieziono do Francji w 1833 roku i stanął na placu Zgody w Paryżu.
W 2014 roku w Paryżu bylismy pod tym obeliskiem.
Obelisk był kultem słońca. Egipcjanie wierzyli, że ich największy bóg mieszka w obeliskach. Ustawiali je przed świątyniami i pałacami. Tworzyły jakby bramy do świątyń. Na obelisku na bocznych ścianach umieszczano imiona władców. W Poznaniu także mamy obelisk Ramzesa II w Muzeum Archeologicznym.
Budowa świątyni w Luksor trwała wieki. Ma obszar tylko 300 metrów z północy na południe. Jest skromniejsza i była sezonowym miejscem uroczystości religijnych.
W swiatyniach faraonowie skladali ofiary bogom, odbywały sie procesje.


Wejście zdobi 65 metrowy Pylon. Do świątyni wiedzie droga sfinksów - symboli Amona. Znajduje się tam 14 kolumn, które otaczają wielki dziedziniec. Niezapomniany widok pod wieczór kiedy posągi i Pylon oświetla sztuczne światło.
Obydwie świątynie w Luksor i Karnak są jakby połączone ze sobą, są oddalone od siebie tylko 5km.
Karnak zwiedzamy po południu. Temperatura plus 45 stopni. Czuję jak moje łydki nabrzmiały a twarz piecze. W końcu zdjęłam dodatkową koszulową bluzkę i zawiązałam wokół głowy. Tym sposobem poczułam ulgę na policzkach. I w tym momencie pomyślałam, ze to może jedna z przyczyn dlaczego arabki zakrywają twarze.
Karnak ma obszar 2,5 km kwadratowych. Modyfikacje tej świątyni trwały 1500 lat. Pośrodku sala hepostylowa zamknięta 150 kolumnami.
Wybudowano je w 14 wieku p. n.e. świątynia ta sąsiaduje ze świętym jeziorkiem.


Po krótkim okresie pochówku zmarłych w piramidach, zaczęto szukać praktyczniejszego i bezpieczniejszego miejsca ze względu na rabusiów, dla których na całym świecie nie ma świętości. Powszechnie wiadomo ze zmarły faraon, książę musi mieć przy sobie wszystko, co będzie mu potrzebne w następnym życiu, a więc przy mumii faraona zostawiano wiele drogocennych przedmiotów często wykonanych ze złota, alabastru, lazurytu i drogich kamieni.
W końcu znaleziono odpowiednie miejsce w dolinie oddalonej od Gizy 500km na południe. Nazwano to miejsce Doliną Królów. Wykuto tam w skalach aż 60 grobowców, w których składano mumie faraonów i innych członków królewskich rodzin. Wszystkie zostały zdewastowane i okradzione. Jednak nie doszukano się grobu Tutenchamona. Angielski archeolog Howard Carter szukał go aż 6 lat. W końcu 26 listopada 1922 roku zupełnie przypadkowo natrafiono na płytę, która wydała inny dźwięk i tym sposobem odkryto grobowiec kompletnie przysypany piaskiem i kamieniami. Dzięki temu przetrwał w nienaruszonym stanie setki lat. Ten faraon zmarł w młodym wieku w okresie wstrząsów religijnych. U szczytu władzy był tylko 9 lat. Nie mniej teraz cały świat zna jego imię z tego względu, ze w jego grobie znaleziono 2 tysiące przedmiotów na podstawie których możemy dowiedzieć się jak żyli Egipcjanie w starożytności. Oprócz tego w 4 komnatach wykutych w skale grobowca dopiero za trzecimi drzwiami znaleziono pełne skrzynie złota a sam faraon był pochowany w 3 złotych trumnach. Na jego twarzy spoczywała złota maska.
Kiedy w 1972 roku w Anglii zorganizowano wystawę z grobowca: przedmiotów i maski Tutenchamona liczba zwiedzających osiągnęła 1,5 miliona.



Tego dnia kiedy byliśmy przy grobie w Dolinie Królów, wiał silny wiatr, było dużo kurzu w powietrzu. To nie był dobry dzień dla mnie bo byłam przeziębiona i w tym momencie nie miałam ochoty na zejście do grobu Tutanchamona. Teraz trochę żałuję. Mój mąż zszedł za dodatkowa opłatą 20 euro. Wrócił szczęśliwy, że chociaż mógł zobaczyć rysunki na ścianach i zrobić zdjęcia. Wszystkie przedmioty z tego grobowca zostały umieszczone w muzeum archeologicznym w Kairo.
Nocą wróciliśmy pociągiem do stolicy Egiptu, do tego samego hotelu Barcelo. Była 5 rano i musieliśmy czekać aż zwolnią się i posprzątają pokoje dla nas. Zostałam cały dzień w hotelu bo męczył mnie kaszel a mój mąż z cala grupa pojechał na dalsze zwiedzanie.
Z tego co mi opowiadał i pokazywał zdjęcia, to byli na bazarze Khan el Khalili, także Cytadela Saladin gdzie znajduje się meczet Mohameta Ali. Odwiedzili stara cześć Kairu wiszący kościół i świątynie Ben Ezra.
(Nie na darmo ludzie mówią że podróże kształcą i uczą. Kilka razy w ciagu dnia po zwiedzaniu jakiegoś obiektu wchodziliśmy do samochodu, gdzie była włączona klimatyzacja.
Z domu wzięlam tylko cienką jednowarstwowa kurtkę, bo przecież jadę do gorącego klimatu, a tu w samochodzie należałoby załozyć co najmniej zimowe palto bo w czasie spędzonym na zewnątrz, w temperaturze plus 30 stopni organizm bardzo sie rozgrzał, a teraz za szybko oziębiał się. Wodę też sprzedawano bardzo zimną. Wiele rzeczy działo się wokoł, nie tak jak w domu, kiedy jest dużo czasu na odpoczynek. Niezle się przeziębiłam i długo nie mogłam dojść do siebie. Niemniej warto było pojechać i zobaczyć starożytny Egipt, a lekcja z tego taka, że zawsze należy zabrać cieplą kurtkę i to z kapturem - ot tak na wszelki wypadek)

W Egipcie było 30 dynastii.
Geometryczne monumenty kojarzą się nam z Egiptem.
Wszystkie piramidy są zbudowane tak aby oddawały ustawienie pewnych gwiazd.
To właśnie Egiptowi zawdzięczamy 24 godzinną dobę jak i 365 dni w roku.
Żaden starożytny lud nie cieszył się tak życiem jak Egipcjanie.
Polskie grupy archeologiczne również brały odział w wyprawach.

Po zamknięciu grobowca z mumią zmarłego faraona odciskano na drzwiach lub ścianie blisko drzwi pieczęć zmarłego jego imię.
Imiona pisane pismem egipskim zamykane są w prostokącie. To są kartusze. Na początku kartusze były okrągłe. W ten sposób pisano imię panującego faraona a cala okrągłą otoczka to jakby słońce, bóg słońca. Z czasem zmieniono na prostokątne aby mogło zmieścić się cale imię.
My też zamówiliśmy sobie kartusze z naszymi imionami na pamiątkę pobytu w tym pełnym tajemnic kraju.


To co teraz tu piszę jest tylko moim subiektywnym odczucie. Faraonowie zrobili dobrą robotę, bo w innym wypadku nie wiedzielibyśmy nic o tych bardzo dawnych czasach i chociaż teraz Egipt jest biednym krajem to przynajmniej ma jakieś tam zyski z odwiedzających turystów.
Mimo to pamięć i wiedza o dorobku starożytnej kultury przetrwa.

Nasza wycieczka była bardzo dobrze zorganizowana. Przewodnicy przekazali nam wyczerpujące informacje o Egipcie, pogoda dopisywała poza jednym dniem kiedy silny wiatr uniemożliwił innym turystom przejażdżkę balonem nad Dolina Królów. Nasi współtowarzysze podroży byli serdeczni a jedzenie znakomite.
Wodę do picia kupował nam przewodnik w sobie tylko wiadomych sklepach, od niego sprzedawcy brali tylko po 1 Euro za dużą butelkę. Pomimo, ze już upłynęło ponad 9 lat od tej podroży to wciąż mam wszystkie te świątynie w mojej pamięci.
Niektóre z nich wciąż są w bardzo dobrej formie ale są i takie, które nie przetrwały próby czasu albo takie, które mają otwarte sklepienie. Te dwie ostatnie są mniej znane.



Na mnie osobiście większe wrażenie wywarły egipskie świątynie niż piramidy. Cały ich rozmach i przeznaczenie. Jakoś tak bardzo przypadły mi do serca. Zaczęłam sobie wyobrażać życie tu istniejące tysiące lat temu. Oglądając te cuda aż trudno uwierzyć, że ręka ludzka tego dokonała, szczególnie jeśli uświadomimy sobie jak dawno temu zostały zbudowane. Świątynie zaczęto budować po tym jak skończono budowę piramid.
Chętnie znowu pojechałabym do Egiptu ale chcemy zobaczyć jeszcze tyle innych miejsc na świecie.
Jeśli cokolwiek pokręciłam to z góry przepraszam i proszę o korektę.


sobota, 17 sierpnia 2019

Biżuteria Kanady




 Zachodnie wybrzeże kraju klonowego liścia nazywane jest biżuterią Kanady.

Miasto Victoria stolica Brytyjskiej Kolumbii znajduje się na wyspie Vancouver. Z trzech stron jest otoczone zatoką Strait of Georgia. To jest bardzo ładne, „europejskie miasto”, może trochę drogie. Liczy ponad pół miliona mieszkańców. 


Ogród "Buchard Garden" znany jest na całym świecie ze swych przepięknych kwiatów i ciekawie skomponowanych oranżerii. Emeryci, którzy ukończyli 80 lat życia mają do ogrodu wstęp wolny. Viktorię szczególnie upodobali sobie Anglicy, bo przypomina im rodzinny kraj. 

Hotele w Victorii nie są tanie a do tego trzeba oddzielnie płacić za parking samochodu. Doliczany jest też jakiś inny, miejscowy podatek. Pomimo to chętnych do odwiedzania Victorii nie brakuje przez cały rok. 

100 km na północ od Victorii znajduje się 100 tysięczne miasteczko Nanaimo, które rozrasta się w ogromnym, wręcz zastraszającym, tempie.

Oficjalnie historia Nanaimo zaczyna się w XVII wieku ale tak naprawdę to miasto właściwie nie ma początku bo od tysiąca lat było domem dla Indian Salish, którzy nazywali się Snuneymuxw, co oznacza „wspaniali ludzie”.

Pierwszym obcokrajowcem, który tu przypłynął był Meksykanin Julian Józef Harnandez w 1774 roku.
Kiedyś w Nanaimo był węgiel kamienny w kopalniach. Pierwszy pionier Che-wechi-i-kan włożył bryły węgla do canoe i popłynął do Fort Victoria aby przedstawić zalety tych czarnych brył w Hudson Bay Kompanii. Tym sposobem w 1852 roku pierwszy transport węgla wyruszył drogą wodną do Victiorii, położonej ponad 100 km od Nanaimo.
Początkowo miasto nazywano ”Nanymo”. W 1864 roku 7 sierpnia nadano miastu nazwę „Nanaimo”. Od 1867 roku zaczęto przewozić węgiel drogą kolejową z Park Head Slope do Hudson Bay Coal Jetty.
W 1871 roku British Columbia została przyłączona do Konfederacji (ang. Confederation) czyli cala prowincja stała się częścią Kanady.

24 grudnia 1874 roku miasto zostało wpisane jako trzecie najstarsze miasto w British Kolumbii. Pobudowano szpital, kościoły i wiele szkół. Jeszcze sto lat temu przypominało raczej rozciągnięta w zabudowaniach wieś. 

Teraz ze względu na bliskie a jednocześnie drogie sąsiedztwo (domy i mieszkania) Vancouver i Victorii, rozwija się w bardzo szybkim tempie. Część ludzi, szczególnie ci, którzy przechodzą na emeryturę sprzedają swoje domy w innych prowincjach Kanady i kupują w Nanaimo, bo tutaj mają większy luksus za mniejsze pieniądze plus dużo świeżego powietrza. Od 5 lat widzimy o wiele więcej samochodów na drogach.
W związku  z tą sytuacją czasem trzeba stać w korku nawet i godzinę, szczególnie na trasie z Nanaimo do Parkswill po 15:00, kiedy ludzie zaczynają wracać z pracy.

Nasze wybrzeże jest bardzo piękne, łączy się z parkiem Sutton Maffio Park gdzie w okresie letnim odbywa się wiele koncertów, w których uczestniczy mnóstwo słuchaczy chociaż bilety wcale nie są takie tanie. Zaś w weekend w Lion Pavilon w parku na podwyższonej scenie można podziwiać w argentyńskim tangu przytulone pary, oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, co dodaje dodatkowego uroku.
Spacerowicze zatrzymują się i słuchają muzyki lub dołączają do grona tańczących. Jeździmy tam czasami na koncert, potańczyć i poczuć jak pachnie morze.

To miasto jest oddalone od Vancouver o 55 km drogą wodną. W ciągu dnia od 6 rano do późnej nocy kursują olbrzymie promy przewożące ludzi i samochody w obydwie strony. Cena za przewóz zwykłego  samochodu w jedna stronę wynosi ponad 80 dolarów plus pasażer musi kupić dla siebie oddzielny bilet za 16 dolarów. 

Pomimo dość wysokich cen chętnych nie brakuje a w różne święta część załogi pracującej przy promie  reguluje  ruchem ulicznym zbliżających się pojazdów chętnych do zabrania się na prom. Oczywiście za wszelkie większe pojazdy na przykład motorhome oplata wynosi jeszcze więcej. Czasami w ciągu zimy jeżeli wieje bardzo silny wiatr prom nie kursuje. 

Mamy tez niewielkie lotnisko obsługiwane przez dwóch przewoźników: Air Kanada i West Jet.
Samoloty latają do Vancouver, Calgary, Victorii, Seattle a niektóre nawet do Toronto. Oprócz tego mamy jeszcze maleńkie samoloty (Beaver Plane), które zabierają tylko 6 pasażerów. Startują i lądują na wodzie. Przelot do Vancouver trwa 15 minut  a hałas wewnątrz przekracza dopuszczalną ilość decybeli dla uszu. Cena biletu to około $100. Mimo to chętnych nie brakuje. Gdy mgła unosi się nad zatoka samoloty Bever nie starują.

W Nanaimo jest Uniwersytet i wiele średnich szkół. Nie wspomnę o podstawowych i przedszkolach. Jest jeden teatr z prawdziwego zdarzenia gdzie wstęp na spektakl kosztuje co najmniej $50 lub więcej. Warzywa i owoce kosztują znacznie więcej niż w dużych miastach.

Tak więc nasza ukochana wyspa wcale nie jest tania. Ale za to jest bardzo przyjemna i zawsze świeża. Ludzie są mili i uprzejmi. Sprzedawcy w sklepach pakują towary konsumentom a  nawet czasem odnoszą do samochodów.

Na osiedlu, w którym mieszkamy rośnie dużo magnolii. 

Już sama nazwa jest piękna a tajemnicze, kwitnące wczesną wiosną bladoróżowe lub sine kwiaty kojarzą mi się z muszlami perłowymi.
Całe drzewa obsypane tylko kwiatami, liści jeszcze nie ma. Mięsiste płatki rozchylają się do słońca tak szeroko jak to tylko jest możliwe a zapach jest tak wspaniały że aż trudny do opisania. Czasem wiatr powieje i przyniesie zapach do mieszkania przez otwarte okno.

Po jakimś czasie zaczynają opadać pierwsze płatki i pod drzewami układa się magnoliowy kobierzec, nie opodal zmieszany z zieloną soczystą, wiosenną trawą.
Po tym cudzie natury spacerują roześmiane, wcześnie urodzone panie z naszego osiedla. Czasem poczłapie staruszek z chodzikiem albo pani z pieskiem. Mała  dziewczynka uskubie trochę tych atlasów na poduszkę dla swojej lalki i  zaśpiewa jej kołysankę.

niedziela, 14 lipca 2019

2019 czerwiec: wakacje i rekonwalescencja w Izabelinie







x

Z Izabelinem jestem związana od 51 lat. Przyszłam tu do pracy w 1968 roku jako młodziutka, świeżo upieczona nauczycielka. W tym czasie trudno było pomieścić wszystkich uczniów w starym, drewnianym trzyklasowym baraku plus pokój nauczycielski i w czterech pomieszczeniach w murowanym budynku, od kilku lat przebudowanym na Dom Nauczyciela. Mnie jako młodą, oddelegowano z III klasą do Remizy Strażackiej, gdzie były iście spartańskie warunki. Przy jednej ze ścian stała "koza" czyli żelazny piecyk węglowy. Gdy przychodziłam do pracy często już się w nim palił węgiel ale w międzyczasie to ja podkładałam do pieca. Niekiedy zdarzało się, że zaczynałam dzień od rozniecenia ognia. Sala była duża i praktycznie nieco cieplej było tylko w pobliżu pieca. W czasie każdej lekcji robiłam dzieciom małą przerwę na ćwiczenia gimnastyczne abyśmy wszyscy mogli się rozgrzać. Po powrocie do domu potrzebowałam wielu godzin aby cały ten chłód "wyszedł" ze mnie. Izabelin w tych latach był takim niechcianym dzieckiem, niby blisko Warszawy, ale tak naprawdę daleko, z autobusem jeżdżącym po „kocich łbach” tylko dwa razy dziennie.

Chcę napisać o życzliwości wielu, wielu ludzi mieszkających w Izabelinie. O rodzicach, uczniach wciąż pamietających a przy okazji przypominających różne fajne i miłe zdarzenia: np. mama jednego z uczniów zadzwoniła dziękując mi, że zaufałam jej synowi i dałam mu promocje do następnej klasy. Niestety Krzysio nie żyje. A ta kobieta pomimo wieloletniego bólu po stracie syna znalazła w sobie tyle siły aby powiedzieć mi dobre, miłe słowa przez telefon jak dowiedziała się, że jestem w Izabelinie. Niestety nie zdążyłam spotkać się z Nią.

Inna z kolei matka przypomniała mi jak pocieszyłam ją, że nie wszyscy muszą być inżynierami – wystarczy, że jej syn będzie porządnym mechanikiem i dobrym człowiekiem.  W owym czasie martwiła się, że syn ma słabe oceny, że nie przykłada się do nauki. I rzeczywiście wyrósł na porządnego obywatela. Część uczniów przypomina chodzenie z nimi do stomatologa. Można by tak pisać w nieskończoność.  Ja sama wielu tym rozmów nie pamiętam ale to bardzo miłe, ze inni pamiętają, że dobra energia krąży w Izabelinie, że dzieje się dużo dobrego.
A kto z uczniów pamięta naszą wspólną wycieczkę do Gdańska?
Bardzo proszę niechaj cos napisze, odezwie się na facebook.
W Izabelinie w szkole przepracowałam 22 lata ucząc młodsze klasy.
A to prawie 1/3 mojego życia!

Od 29 lat nie mieszkam już w Polsce ale każdego roku odwiedzam Izabelin, który wciąż jest mi bliski i swojski bo mieszka tu moja córka ze swoją rodziną, bo mieszka tu dużo moich przyjaciół, znajomych, sąsiadów, bo tu zostawiłam cząstkę siebie, bo tu są dobre klimaty, bo tu jest dobra energia, bo tu dużo dobrego się dzieje.
Warto to szanować i być dumnym z tego co mamy. Może warto zakrzątnąć się nie tylko na własnej posesji ale także na tym niewielkim kawałku ziemi między własnym płotem a drogą i schylić się czasem aby podnieść rzuconą puszkę, butelek czy papier przywiany przez wiatr albo wyrwać wielki chwast tak, żeby nam wszystkim było przyjemnie spacerować po okolicy.

Nasz pierwotny plan w tym roku na czerwiec był taki aby pobyć w Izabelinie krótko z rodziną a resztę czasu spędzić na dłuższych i krótszych wypadach w Polskę i do Warszawy.  W planie był nawet wyjazd z przyjaciółmi do zamku Książ blisko Wałbrzycha.
Sytuacja zmieniła się diametralnie po mojej operacji i wcześniejszym powrocie do Izabelina.
Tak więc córka wypożyczyła mi specjalne łóżko lekarskie i już 6 dnia po nagłej operacji w Sztokholmie, zjawiliśmy się w Izabelinie. Pomimo letnich upałów, czas w cieniu drzew, z rodziną i fantastycznym psem Bobbiem upływał w miłej sielankowej atmosferze.
Nawet groźna burza nie zakłóciła nam nocnego spokoju. Oprócz wypoczynku i popołudniowej sjesty byliśmy bardzo zajęci.

Zaraz na samym początku pobytu córka zabrała nas na otwarcie Wernisażu "Zatrzymać Czas" do Centrum Edukacyjnego Kampinoskiego Parku Narodowego. Wystawa poplenerowa jest otwarta do końca wakacji, wpadnijcie tam koniecznie.  Jest to bardzo ciekawa, nietuzinkowa wystawa, która zabiera nas w podróż do przeszłości, w świat taboru kolejowego i w świat przyrody. Składa się z prac malarskich, rzeźby i fotografii wspaniałych artystów z całej Polski. Bardzo interesujące prace wykonane w różnych kolorach ziemi a wiec 100% ekologii.
Spotkałam tu wiele znajomych mi ludzi, z którymi miło nam się gawędziło. 


Za kilka dni były występy taneczne wnuczki Meli z jej zespołem i wielu innych grup tanecznych. Po prostu 4-dniowy maraton. W piątek w Warszawie, w sobotę 15 czerwca w Izabelinie w Centrum Kultury Koncert Charytatywny (zbierający środki na projekt taneczny dla osób na wózkach) dostarczyły mi niezapomnianych wrażeń. Obejrzeliśmy wiele interesujących tańców, w tym kubański taniec Casino czy też przepiękny walc. Bardzo głębokie emocjonalne przeżycie. Następny dzień to słodkie występy starszych i młodszych dzieci w Domu Kultury w Babicach.

Tydzień później, w Domu Kultury w Łomiankach znowu występy taneczne na świeżym powietrzu w promieniach słońca. Wiek aktorów od 3 aż po 75lat. Tu także występowała moja wnuczka Mel, tam razem w tańcu jazzowym.  Fantastyczny był występ seniorek przyodzianych w różnobarwne, piękne toalety z dawnych lat tańczących przy melodiach starej Warszawy.

Za kilka dni natomiast, znowu występy -  uczniów ze szkoły mojej wnuczki Meli na zakończenie roku szkolnego. A potem wspólny rodzinny obiad we włoskiej restauracji.
Przed podróżą w ostatni czwartek wizyta na farmie Kobra Park w Bożęcinie. Serce i oko raduje się patrząc na zadbane, szczęśliwe konie pana Ryszarda i Oli. Jaka piękna jest ich posiadłość!
Ach, jeszcze było mnóstwo pikników - w Sierakowie z grochówką,  w Izabelinie z kiełbaskami, przejażdżki konne dla maluszków, przy których asystowała Florencja i różne inne atrakcje. A przy okazji wiele przypadkowych i przesympatycznych spotkań z rodzicami i wychowankami.
Potem wizyta w Stajni Sawanka w Truskawiu i podziwianie jazdy starszej wnuczki.
Byliśmy jeszcze na pięknych bulwarach warszawskich z młodszą wnuczką Melą a innym razem już sami na Starym 
Mieście bo jak to "być tak blisko i nie zobaczyć Starego Miasta". Smaczny lunch w Zapiecku a potem jeszcze wielkie gofry i małe ale ważne zakupy w Merkurym.
W międzyczasie odwiedziny znajomych, przyjaciół i prezenty, prezenty, piękne kwiaty po długim, bardzo długim nie widzeniu się. To były bardzo sympatyczne odwiedziny. Dziękuję Ci Jurku. I  jak tu nie zdrowieć szybko w tak miłej, pełnej serdeczności atmosferze.
Jeszcze raz dziękuję całej rodzinie za opiekę, Dirkowi za podwożenie nas tu i tam a wszystkim Izabelińczykom za pogodną, serdeczną, przyjacielską i niepowtarzalną atmosferę.
Specjalne podziękowanie dla mojej internetowej znajomej Ninie Pawlaczyk za tomiki jej własnej twórczości poetyckiej i Janeczce Rajkowskiej za arcydzieło (suknia dla mnie wykonana na szydełku i korale z wełny) tym milsze, ze ogóle nieoczekiwane - totalna niespodzianka! Dziękuję Florci za piękny
naszyjnik i Dorotce za wdzianko. Iwonce za długi spacer, Eli za czekoladki, koraliki i książkę. Tyle w niej ciekawych informacji! Ninie za mila pogawędkę, wisiorek i pyszna szarlotkę.  Grażynce za wizytę i ciasto marchewkowe.  Stasi za długą rozmowę w kawiarence. Krysi i Heniowi  za odwiedziny w naszym domu i prezenty. dziękuję także Hani Kozbuz, Eli Wadolkowskiej, Krysi Krawczyk z Łomianek,  Hani Szymborskiej z Różana, Hani Marciniak, Wiesi, moim  siostrom Teresce, Halince i Waci, Danusi i Zbyszkowi za długie rozmowy telefoniczne. Nie starczyło już czasu na spotkania. Innym razem.
Dziękuję Ewie i całej jej  rodzince za miła niedzielę z obiadem. Fajnie było poznać Kasię i pierwszy raz zobaczyć maleńką Arletke.
Pomimo, ze częściowo urlop wypadł z konieczności 
w Izabelinie to nie żałuję  czasu tam spędzonego i na długo pozostanie w mojej pamięci i w sercu. Zabrałam do Kanady bardzo wzruszające, ciepłe i jak najmilsze 
wspomnienia.